Zamknęłam oczy na jego zdrady – aż do dnia, gdy upadłam na ulicy i zrozumiałam, kto naprawdę stoi przy mnie

– Znowu wracasz późno, Piotrze? – zapytałam, starając się ukryć drżenie w głosie. Stałam w kuchni, trzymając w dłoniach kubek z herbatą, który parzył mnie w palce. Piotr nawet nie spojrzał mi w oczy. Zrzucił płaszcz na krzesło i rzucił krótkie: – Miałem spotkanie w pracy. – Zawsze masz spotkania – odpowiedziałam cicho, ale on już szedł do łazienki. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem.

Nie wiem, kiedy dokładnie zaczęłam zamykać oczy na jego zdrady. Może wtedy, gdy nasza córka Zosia miała trzy lata i pierwszy raz zobaczyłam wiadomość od „koleżanki z pracy” na jego telefonie. Może wtedy, gdy wracał do domu z zapachem obcych perfum i tłumaczył się, że to „nowa koleżanka z działu marketingu”. Może wtedy, gdy przestał mnie całować na dobranoc.

Przez lata powtarzałam sobie, że rodzina jest najważniejsza. Że Zosia potrzebuje ojca. Że lepiej udawać, niż rozbijać dom. Moja mama zawsze mówiła: „Małżeństwo to praca. Czasem trzeba zacisnąć zęby.” Zaciskałam więc zęby tak mocno, że bolała mnie szczęka.

W pracy byłam uśmiechnięta i kompetentna. W domu – cicha i przezroczysta. Piotr coraz częściej znikał na weekendy pod pretekstem delegacji. Zosia pytała: – Mamo, kiedy tata wróci? – Wkrótce, kochanie – odpowiadałam, choć sama w to nie wierzyłam.

Pewnego listopadowego wieczoru wracałam z pracy zmęczona i zmarznięta. Padał deszcz ze śniegiem, a ja śpieszyłam się do domu, bo Zosia miała gorączkę. Nagle poślizgnęłam się na mokrym chodniku i upadłam tak niefortunnie, że straciłam przytomność.

Obudziłam się w szpitalu. Obok łóżka siedziała moja siostra Marta. Trzymała mnie za rękę i płakała. – Aniu, jak się czujesz? – zapytała drżącym głosem. Rozejrzałam się po sali. Nie było Piotra.

– Gdzie jest Piotr? – zapytałam cicho.

Marta spojrzała na mnie ze smutkiem. – Zadzwoniłam do niego od razu. Powiedział, że ma ważne spotkanie i nie może przyjechać.

Poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody. Nawet teraz nie mógł być przy mnie.

Przez kolejne dni to Marta opiekowała się mną i Zosią. Przynosiła mi czyste ubrania, gotowała rosół, rozmawiała z lekarzami. Piotr pojawił się dopiero po trzech dniach. Wszedł do sali z bukietem kwiatów i sztucznym uśmiechem.

– Jak się czujesz? – zapytał chłodno.

– Lepiej – odpowiedziałam krótko.

– Muszę wracać do pracy – rzucił po pięciu minutach i wyszedł bez słowa pożegnania.

Leżałam na szpitalnym łóżku i patrzyłam w sufit. Wtedy po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl: „On mnie nie kocha. Już dawno przestał.” Przypomniałam sobie wszystkie wieczory spędzone samotnie przy stole, wszystkie kłamstwa o delegacjach i spotkaniach służbowych, wszystkie łzy w poduszkę.

Po powrocie do domu długo patrzyłam na Piotra. Był obcy. Rozmawialiśmy tylko o rachunkach i obowiązkach domowych. Unikaliśmy siebie nawzajem jak ognia.

Pewnego wieczoru usiadłam przy stole z Martą.

– Dlaczego to znosisz? – zapytała cicho.

– Boję się być sama – wyszeptałam.

Marta objęła mnie ramieniem.

– Ale przecież już jesteś sama, Aniu. On tylko mieszka w tym domu, ale nie jest z tobą.

Te słowa uderzyły mnie jak grom z jasnego nieba. Przez całą noc nie mogłam zasnąć. Myślałam o Zosi, o sobie sprzed lat – pełnej marzeń i planów dziewczynie, która wierzyła w miłość na zawsze.

Następnego dnia podjęłam decyzję. Wieczorem usiadłam naprzeciwko Piotra.

– Musimy porozmawiać – zaczęłam spokojnie.

Spojrzał na mnie z irytacją.

– O czym?

– O nas. O tym, że już od dawna nie jesteśmy razem. Że udajemy przed sobą i przed Zosią.

Piotr wzruszył ramionami.

– Przesadzasz. Każdy ma swoje życie.

Poczułam gniew i smutek jednocześnie.

– Ja już nie chcę tak żyć – powiedziałam stanowczo. – Chcę być szczęśliwa. Chcę pokazać Zosi, że kobieta ma prawo walczyć o siebie.

Piotr milczał przez chwilę, a potem wyszedł z pokoju bez słowa.

Tego wieczoru długo rozmawiałam z Zosią. Przytuliła się do mnie i powiedziała:

– Mamo, chcę żebyś była szczęśliwa.

Łzy popłynęły mi po policzkach. Po raz pierwszy od lat poczułam ulgę.

Rozwód był trudny i bolesny. Piotr próbował mnie przekonać do zmiany decyzji, ale byłam już pewna swojego wyboru. Marta wspierała mnie na każdym kroku. Zosia szybko zaakceptowała nową rzeczywistość – była spokojniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.

Dziś wiem jedno: nie warto poświęcać własnego szczęścia dla pozorów czy cudzych błędów. Życie jest za krótkie na udawanie i cierpienie w milczeniu.

Czasem zastanawiam się: ile kobiet jeszcze żyje tak jak ja kiedyś? Ile z nas boi się zrobić pierwszy krok ku wolności? Czy naprawdę warto bać się samotności bardziej niż życia bez miłości?