Zgliszcza rodziny – Wyznanie syna po zdradzie i rozpadzie domu
– Nie wychodź, tato! – krzyknąłem, gdy sznurował buty w przedpokoju. Głos mi drżał, serce waliło jak oszalałe. Mama płakała w salonie, twarz ukryta w dłoniach. W mieszkaniu na warszawskim Bródnie panowała duszna cisza, przerywana tylko jej szlochem i ciężkim oddechem ojca.
– Idź do swojego pokoju, Kacper – rzucił ojciec lodowatym tonem, którego nigdy wcześniej u niego nie słyszałem. – To nie twoja sprawa.
– Ale to moja sprawa! – wrzasnąłem. – Ja też tu mieszkam! Ja też jestem częścią tej rodziny!
Mama podniosła głowę; oczy miała czerwone jakby od tygodni nie spała. – Andrzej, proszę… nie odchodź. Zawiniłam, ale…
Przerwał jej: – Zawiniłaś? To nie jest zwykły błąd, Ewa! To zdrada! Miesiącami mnie okłamywałaś. A ty – spojrzał na mnie – nie próbuj stawać między nami!
Stałem tam, dwunastoletni chłopak w piżamie, boso na zimnym parkiecie. Całe moje poczucie bezpieczeństwa rozsypało się w jednej chwili. Ojciec trzasnął drzwiami. Po nim została tylko cisza i szloch matki.
Tamtej nocy wszystko się zmieniło. Mama płakała do rana. Rano wyglądała jakby postarzała się o dekadę. Zamiast kakao na stole czekała na mnie szklanka zimnej wody.
– Kacper… – zaczęła cicho – wiem, że jesteś na mnie zły. Ale proszę… spróbuj zrozumieć.
– Nie chcę rozumieć! – wybuchłem. – Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego teraz? Dlaczego nam?
Patrzyła na mnie pustym wzrokiem.
W kolejnych tygodniach wszystko się sypało. Ojciec nie wrócił już do domu. Czasem dzwonił, ale rozmawiał krótko: „Ucz się dobrze! Pomagaj mamie!” Jakby już przestałem być dla niego ważny.
W szkole wszyscy wiedzieli, co się stało. Sąsiedzi szeptali po kątach, koledzy mnie unikali. Tylko Bartek został przy mnie, ale i on nie wiedział, co powiedzieć.
Pewnego wieczoru zadzwonił telefon mamy. Po jej minie poznałem, kto dzwoni: Rafał – ten, przez którego wszystko się rozpadło. Słyszałem ich szeptane rozmowy. Wściekły trzasnąłem drzwiami.
– Kacper! – zawołała mama.
– Zostaw mnie! – wrzasnąłem.
Od tego dnia coraz później wracałem do domu. Najpierw tylko włóczyłem się po blokowiskach z Bartkiem, potem dołączył do nas Damian ze starszymi kolegami.
– Chodź z nami, Kacper! – namawiał Damian pewnego wieczoru. – Będzie zabawnie.
Na początku tylko podkradaliśmy papierosy ze sklepu osiedlowego, potem przyszły energetyki i batoniki. Pewnej nocy Damian rzucił:
– Mam pomysł. Nowy sąsiad kupił telewizor. Wystarczy wejść przez balkon…
Nie chciałem tego robić, ale miałem wrażenie, że już nic nie ma znaczenia. W domu i tak wszystko było zniszczone.
Tego wieczoru nas złapali. Policja zabrała nas na komisariat przy Kondratowicza. Siedziałem w zimnym pokoju przesłuchań, gdy nagle w drzwiach pojawił się ojciec.
– Do tego doszło? – zapytał cicho.
– Nic mnie już nie obchodzi – odpowiedziałem z przekorą.
Usiadł naprzeciwko mnie.
– Wiesz co boli najbardziej? Że wierzyłem, że ty będziesz inny…
Milczałem. Patrzyłem w podłogę.
Ojciec załatwił sprawę tak, bym nie miał większych kłopotów z prawem. Ale od tamtej pory prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Mama zamknęła się jeszcze bardziej w sobie. Rafał szybko zniknął z jej życia; została sama ze mną i swoim żalem.
W liceum nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Nauczyciele patrzyli na mnie z politowaniem: „To ten chłopak…” Tylko Bartek został przy mnie, choć coraz bardziej się oddalaliśmy.
Pewnego dnia mama zasłabła w domu. Trafiła do szpitala; lekarze wpisali „załamanie nerwowe”. Po raz pierwszy poczułem prawdziwy strach: co będzie ze mną? Kto się mną zajmie?
Wtedy ojciec znów pojawił się w moim życiu.
– Kacper… wiem, że masz żal także do mnie – powiedział cicho – ale musimy pomóc mamie.
– Po co? I tak wszystko zniszczyła…
– Może… ale to twoja mama. A ja… też nie byłem idealnym ojcem.
Na korytarzu szpitalnym pierwszy raz od lat rozmawialiśmy szczerze.
– Wiesz, Kacper… kiedy odszedłem, myślałem, że tak będzie lepiej dla wszystkich. Ale zrozumiałem: nie ma decyzji bez bólu dla kogoś bliskiego.
– Dlaczego nie próbowałeś ratować rodziny? – spytałem cicho.
– Próbowałem… ale czasem jest już za późno.
Mama powoli dochodziła do siebie; nigdy jednak nie była już tą samą osobą. Lata zajęło nam odbudowanie choćby namiastki normalności w domu.
Pod koniec liceum ojciec założył nową rodzinę; mam przyrodnią siostrę. Mama została sama w małym mieszkaniu na Targówku; ja próbowałem odnaleźć siebie w tym chaosie.
Minęły lata. Dziś jestem dorosły; mam własną rodzinę. Ale czasem czuję tę pustkę w środku: czy można naprawdę wybaczyć? Czy można jeszcze komuś zaufać?
Często wracam myślami do tamtej nocy, gdy ojciec odszedł. Czy gdybym wtedy zachował się inaczej… bardziej się starał… mniej się złościł… wszystko potoczyłoby się inaczej?
A może to nie ma znaczenia? Może liczy się tylko to, czy potrafimy wyciągnąć lekcję z błędów naszych rodziców?
A wy jak sądzicie? Czy można naprawdę wybaczyć zdradę? Czy takie rany zostają już na zawsze?