„Chciałam zostawić syna u teściowej”. Nigdy nie zapomnę jej odpowiedzi
— Nie zostawiaj mi go. — głos Haliny był twardy jak krawężnik pod blokiem, o który potknęłam się kiedyś z wózkiem. — Ja już swoje odchowałam.
Stałam w jej przedpokoju, w kurtce jeszcze nie do końca zdjętej, z torbą przewieszoną przez ramię i z Kubą na biodrze. Kuba miał dwa lata i pachniał kaszką, mlekiem i tym słodkim potem, który pojawia się na karku dziecka, kiedy zasypia w ramionach. W mojej głowie dudniło jedno zdanie: „Tylko dwie godziny. Tylko dwie godziny, żebym mogła pójść do lekarza i nie ciągnąć go ze sobą”.
— Halino, ja naprawdę muszę… — zaczęłam, ale ona już odwróciła się w stronę kuchni, jakby rozmowa była zamknięta.
— Masz męża. Niech on się zajmie. — rzuciła przez ramię.
Kuba zaczął marudzić, wyciągał ręce do jej wazonu z plastikowymi kwiatami, a ja poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Wstyd, złość, bezsilność — wszystko naraz. Przez sekundę miałam ochotę postawić dziecko na podłodze, odwrócić się i wyjść, trzaskając drzwiami tak, żeby sąsiedzi z trzeciego piętra też usłyszeli. Ale stałam jak wryta, bo w mojej głowie przewijały się obrazy ostatnich miesięcy: nieprzespane noce, pranie, gotowanie, praca zdalna na pół etatu, a do tego Marek, mój mąż, który wracał późno i mówił: „Jestem zmęczony, daj mi spokój”.
— Marek jest w pracy. — powiedziałam cicho. — A ja mam wizytę. Czekałam na nią trzy miesiące.
Halina w końcu spojrzała na mnie. Miała na sobie sweter w romby, ten sam, w którym widziałam ją na naszym weselu, kiedy ściskała mnie za rękę i mówiła: „Będziesz mi jak córka”. Jej oczy były chłodne, jakby patrzyła na obcą kobietę, która przyszła coś wyłudzić.
— To przełóż. — odparła. — Dziecko jest najważniejsze.
„Dziecko jest najważniejsze” — to zdanie powinno brzmieć jak troska, a zabrzmiało jak wyrok. Jakby moje zdrowie, moje zmęczenie, moje życie nie miały żadnego znaczenia.
Wyszłam stamtąd z Kubą na rękach, a klatka schodowa pachniała kapustą i wilgocią. Zeszłam powoli, bo Kuba zasnął, a ja czułam, że jeśli przyspieszę, to się rozsypię. Na dole, przy skrzynkach, spotkałam sąsiadkę Haliny, panią Zofię, która zawsze miała coś do powiedzenia.
— O, młoda, a gdzie to tak z dzieckiem? — zagadnęła.
— Do lekarza. — odpowiedziałam, starając się, żeby głos mi nie drżał.
— A Halinka nie pomoże? — uśmiechnęła się, jakby to była oczywistość.
Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że Halina, która na Facebooku wrzuca zdjęcia wnuka z podpisem „Moje serduszko”, nie potrafi zostać z nim nawet na godzinę? Że woli być „gościem” w naszym życiu, przychodzić, kiedy jej pasuje, przynosić ciasto i uwagi, a znikać, kiedy trzeba wziąć odpowiedzialność?
Zanim urodził się Kuba, byłam pewna, że najtrudniejsze będzie samo macierzyństwo: poród, karmienie, kolki. Nikt mi nie powiedział, że najtrudniejsze będzie to, jak ludzie wokół zaczną traktować mnie jak funkcję, nie jak człowieka. Jakby moje imię — Anka — przestało istnieć, a zostało tylko „mama Kuby”.
Marek i ja poznaliśmy się w Bydgoszczy, na imprezie u znajomych. Był zabawny, pewny siebie, miał w sobie coś, co sprawiało, że czułam się bezpiecznie. Kiedy po roku zaproponował, żebyśmy zamieszkali razem, byłam szczęśliwa. Halina wtedy jeszcze była miła. Przynosiła słoiki z ogórkami, pytała, czy nie jest mi zimno, mówiła: „Marek ma szczęście”.
A potem zaszłam w ciążę i wszystko zaczęło się przesuwać, jakby ktoś podmienił dekoracje w teatrze.
— Nie noś tak ciężko. — mówiła Halina, kiedy widziała mnie z siatkami. — Marek powinien.
Marek słyszał to i tylko się uśmiechał.
— Mama przesadza. — mówił później. — Ona lubi rządzić.
Wtedy jeszcze myślałam, że to śmieszne. Że teściowa to teściowa, każdy ma jakieś historie. Nie przewidziałam, że jej „rządzenie” będzie polegało na tym, że będzie wchodzić do naszego mieszkania jak do siebie, komentować wszystko — od tego, jak wieszam pranie, po to, jak trzymam Kubę.
— Za dużo go nosisz. Przyzwyczaisz. — mówiła.
— Nie dawaj mu tyle owoców, będzie miał biegunkę. — mówiła.
— Marek w twoim wieku już mówił pełnymi zdaniami. — mówiła.
A Marek? Marek siedział w telefonie albo wychodził „na chwilę” do sklepu, która trwała godzinę. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać, odpowiadał:
— Anka, nie rób dramatu. Mama chce dobrze.
Tylko że ja nie potrzebowałam, żeby ktoś „chciał dobrze”. Potrzebowałam, żeby ktoś mnie zobaczył.
Najgorsze przyszło po porodzie. Kuba urodził się w listopadzie, w szpitalu na oddziale, gdzie w nocy słychać było płacz innych dzieci i skrzypienie wózków. Pamiętam, jak leżałam z nim na piersi, a pielęgniarka powiedziała:
— Teraz to już pani życie będzie inne.
Nie wiedziałam, jak bardzo.
Marek wziął dwa tygodnie urlopu, a potem wrócił do pracy. Ja zostałam sama. Halina przychodziła, ale nie po to, żeby mi pomóc. Siadała na kanapie, brała Kubę na ręce, robiła sobie zdjęcia, a potem mówiła:
— No, ja już muszę lecieć, bo mam swoje sprawy.
Kiedy prosiłam, żeby została dłużej, odpowiadała:
— Anka, ja nie jestem od niańczenia. Ty jesteś matką.
To zdanie wracało do mnie jak echo. „Ty jesteś matką”. Jakby bycie matką oznaczało, że nie mam prawa do zmęczenia.
W tamten dzień, kiedy chciałam zostawić Kubę u Haliny, byłam na granicy. Od tygodni bolała mnie pierś, miałam gorączkę, a lekarz rodzinny w końcu dał mi skierowanie do specjalisty. Wizyta była rano, Marek miał „ważne spotkanie”, a ja nie miałam nikogo. Koleżanki pracowały, moja mama mieszkała 300 kilometrów dalej i sama była po operacji biodra.
Zadzwoniłam do Haliny dzień wcześniej.
— Halino, mogłabyś jutro zostać z Kubą dwie godziny? — zapytałam, starając się brzmieć normalnie.
— A Marek? — od razu.
— Marek nie może.
— To weź dziecko ze sobą.
— To nie jest takie proste…
— Anka, ja mam swoje życie. — ucięła.
I wtedy, zamiast się wycofać, powiedziałam coś, czego nie planowałam:
— Halino, ja już nie daję rady.
Po drugiej stronie zapadła cisza. Myślałam, że może… że może to ją poruszy. Że powie: „Dobrze, przyjdź, pomogę”.
— Każda matka daje radę. — odpowiedziała w końcu. — Nie przesadzaj.
Wtedy zrozumiałam, że dla niej moje zmęczenie jest fanaberią.
Po jej odmowie poszłam do przychodni z Kubą. W poczekalni było duszno, ludzie kaszleli, ktoś kłócił się w rejestracji o termin. Kuba płakał, bo był głodny, a ja próbowałam go uspokoić, jednocześnie wypełniając formularz. Kiedy w końcu weszłam do gabinetu, lekarz spojrzał na mnie i powiedział:
— Pani wygląda, jakby pani nie spała od miesiąca.
Zaśmiałam się krótko, nerwowo.
— Bo nie spałam.
Wyszłam z receptą i zaleceniem odpoczynku. Odpoczynku. Jakby to było coś, co można kupić w aptece.
Wieczorem Marek wrócił późno. Kuba już spał, ja siedziałam w kuchni przy zimnej herbacie. Kiedy usłyszałam klucz w zamku, poczułam, jak we mnie narasta coś ciężkiego.
— Cześć. — powiedział Marek, zdejmując buty. — Co na kolację?
To pytanie było jak policzek.
— Marek, musimy porozmawiać. — powiedziałam.
— Teraz? Jestem padnięty.
— Ja też jestem padnięta. Tylko ja nie mam kiedy być padnięta.
Spojrzał na mnie, jakby mnie nie poznawał.
— O co ci chodzi?
— O to, że twoja matka odmówiła mi pomocy. O to, że ty też odmawiasz. O to, że ja się rozsypuję.
Marek westchnął.
— Anka, mama ma rację. Ona nie jest od tego. A ty… ty zawsze dramatyzujesz.
Wtedy coś we mnie pękło.
— Dramatyzuję? — powtórzyłam. — Wiesz, co jest dramatem? Że ja boję się rano wstać, bo wiem, że znowu będę sama. Że ja nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam u fryzjera, kiedy jadłam ciepły obiad, kiedy ktoś mnie zapytał, jak się czuję.
Marek milczał. A potem powiedział coś, co do dziś słyszę w głowie:
— Przecież ty chciałaś dziecko.
Tak, chciałam. Ale nie chciałam być samotną matką w małżeństwie.
Następnego dnia Halina przyszła „w odwiedziny”. Weszła, jak zawsze, bez pukania, z siatką pomarańczy.
— No i co, byłaś u lekarza? — zapytała, jakby nic się nie stało.
— Byłam. Z Kubą. — odpowiedziałam.
— No widzisz, da się. — uśmiechnęła się triumfalnie.
Wtedy spojrzałam na nią i poczułam, że jeśli teraz nie postawię granicy, to już nigdy jej nie postawię.
— Halino, nie przychodź do nas bez zapowiedzi. — powiedziałam spokojnie.
Jej twarz stężała.
— Słucham?
— Nie przychodź bez zapowiedzi. I nie mów mi, że przesadzam. Ja potrzebuję wsparcia, a nie ocen.
Marek wszedł do pokoju, słysząc podniesione głosy.
— Co się dzieje? — zapytał.
— Twoja żona robi awanturę. — Halina od razu.
— Nie robię awantury. — odpowiedziałam. — Mówię, jak jest.
Halina spojrzała na Marka.
— Marek, ty na to pozwolisz?
I wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałam. Marek nie odpowiedział od razu. Patrzył na mnie, potem na nią. Jakby pierwszy raz zobaczył, że to nie jest „drobna sprzeczka”, tylko coś, co może nas rozdzielić.
— Mamo… — zaczął niepewnie. — Może Anka ma rację. Może powinnaś dzwonić.
Halina otworzyła usta, jakby ktoś ją uderzył.
— Aha. Czyli już jestem nikim. — syknęła. — Własny syn przeciwko mnie.
— Nikt nie jest przeciwko tobie. — powiedział Marek, ale brzmiał, jakby sam w to nie wierzył.
Halina wzięła siatkę z pomarańczami.
— Dobrze. To ja już nie będę przeszkadzać. — rzuciła i wyszła, trzaskając drzwiami.
Kuba obudził się i zaczął płakać. Ja usiadłam na podłodze w przedpokoju, opierając się o ścianę. Marek stał nad mną, bezradny.
— Anka… — powiedział cicho. — Ja nie wiedziałem, że jest aż tak źle.
Spojrzałam na niego i poczułam, że łzy w końcu mogą popłynąć.
— Mówiłam ci. Tylko ty nie słuchałeś.
Przez kolejne tygodnie było różnie. Halina obraziła się na śmierć, przestała dzwonić, a kiedy już dzwoniła, mówiła chłodno: „Jak tam mój wnuk?”. Marek zaczął więcej robić w domu, ale czasem wracał do starych nawyków. Ja poszłam do psychologa, bo zrozumiałam, że jeśli nie zadbam o siebie, to nikt tego nie zrobi.
Najbardziej bolało mnie to, że w tej całej historii nie chodziło tylko o teściową. Chodziło o to, że w Polsce wciąż tak łatwo mówi się kobietom: „Dasz radę”. Jakby to było zaklęcie, które ma uciszyć ich potrzeby. Jakby proszenie o pomoc było wstydem.
Pewnego dnia, kiedy Kuba bawił się klockami, Marek usiadł obok mnie na kanapie.
— Wiesz… — zaczął. — Mama zadzwoniła. Powiedziała, że jak będziemy chcieli, to może wziąć Kubę na godzinę w sobotę.
Zaśmiałam się gorzko.
— Na godzinę. Jak łaska.
— Może… może ona też nie umie inaczej. — powiedział Marek.
Spojrzałam na niego.
— A my? My umiemy inaczej?
Nie wiem, jak potoczy się dalej nasze życie. Wiem tylko, że tamten dzień w przedpokoju Haliny był momentem, w którym przestałam udawać, że wszystko jest w porządku. Że przestałam być „grzeczną synową”, która ma się uśmiechać i dziękować za słoiki.
Bo czasem jedna odmowa potrafi obnażyć całą prawdę o rodzinie.
I teraz pytam siebie — i was — czy proszenie o pomoc naprawdę powinno kosztować tyle upokorzenia? A jeśli teściowa mówi: „Ja już swoje odchowałam”, to kto ma odchować mnie z tego zmęczenia, zanim całkiem zniknę?