„Mamo, dlaczego tata już nas nie kocha?” – historia dziewczynki, która musiała dorosnąć w jeden wieczór
– Mamo, dlaczego tata już nas nie kocha? – zapytałam cicho, stojąc w przedpokoju w piżamie, kiedy drzwi za nim zatrzasnęły się z hukiem. Miałam wtedy siedem lat i wydawało mi się, że świat właśnie się skończył. Mama stała nieruchomo, z oczami pełnymi łez, a ja czułam się winna wszystkiemu – temu, że nie posprzątałam zabawek, że dostałam czwórkę z matematyki, że poprosiłam o nową kurtkę na zimę.
To był zwykły wieczór na warszawskim Bródnie. Tata wrócił z pracy później niż zwykle, rzucił torbę na podłogę i zaczął krzyczeć na mamę. O pieniądze, o rachunki, o to, że nie ma już siły. Siedziałam skulona za drzwiami kuchni i słuchałam ich kłótni. – To przez ciebie! – wrzasnął w końcu. – Przez to dziecko wszystko się sypie! – A potem wyszedł. I już nie wrócił.
Mama długo płakała tej nocy. Ja leżałam w łóżku i powtarzałam sobie w myślach: „Gdybym była grzeczniejsza… gdybym mniej jadła… gdybym nie prosiła o tę kurtkę…”. Następnego dnia mama powiedziała mi tylko: – Tata musi odpocząć. Może kiedyś wróci. Ale wiedziałam, że kłamie.
W szkole byłam cicha jak mysz. Nauczycielka, pani Zawadzka, próbowała mnie rozruszać: – Martynko, może zaśpiewasz piosenkę? Ale ja tylko kręciłam głową. Dzieci szeptały za moimi plecami: „Jej tata odszedł…”.
W domu było coraz trudniej. Mama straciła pracę w sklepie spożywczym i zaczęła sprzątać u sąsiadów. Często wracała zmęczona, z popękanymi dłońmi. – Martynko, musisz mi pomóc – mówiła. – Jesteś już duża. I tak zaczęłam gotować makaron, prasować ubrania i opiekować się młodszym bratem, Michałem.
Czasem wieczorami słyszałam, jak mama rozmawia przez telefon z babcią:
– On nawet nie zadzwonił na urodziny Martyny…
– A alimenty? – dopytywała babcia.
– Przysłał dwieście złotych i napisał, że więcej nie ma.
Wtedy czułam się jak ciężar. Jakby moje istnienie było problemem do rozwiązania.
Najgorsze były święta. W Wigilię mama starała się jak mogła – barszcz z uszkami, karp na raty kupiony na bazarze przy Kondratowicza. Ale przy stole zawsze było jedno puste miejsce. Michał pytał: – A tata przyjdzie? Mama milczała.
Pewnego dnia po szkole zobaczyłam tatę na przystanku autobusowym. Stał z jakąś kobietą i śmiał się głośno. Podbiegłam do niego:
– Tato!
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Martyna… co ty tu robisz?
– Chciałam ci powiedzieć, że dostałam piątkę z polskiego…
– To dobrze – mruknął i odwrócił się do tej kobiety.
Poczułam się niewidzialna.
W domu wybuchła awantura:
– Po co za nim biegasz?! – krzyczała mama. – On nas zostawił! Musisz to zrozumieć!
– Ale ja chcę tylko, żeby był ze mnie dumny…
Mama rozpłakała się jeszcze bardziej.
Z czasem nauczyłam się nie płakać przy ludziach. Zamykałam się w łazience i tłumiłam szloch w ręcznik. W szkole udawałam twardą – pomagałam innym dzieciom z lekcjami, żeby choć przez chwilę poczuć się potrzebna.
Gdy miałam czternaście lat, mama poznała pana Andrzeja. Był miły, przynosił kwiaty i czekoladki dla mnie i Michała. Ale ja nie chciałam nowego taty. Kiedyś usłyszałam ich rozmowę:
– Ona ci nigdy nie wybaczy…
– Daj jej czas – odpowiedział Andrzej.
Nie dawałam mu szansy. Byłam opryskliwa, zamknięta w sobie. Mama próbowała mnie przekonać:
– Martynko, on chce nam pomóc…
– Nie potrzebuję pomocy! Chcę tylko taty!
Wybiegłam wtedy z domu i wróciłam dopiero późnym wieczorem.
W liceum byłam najlepsza w klasie. Uczyłam się jak szalona – miałam nadzieję, że tata kiedyś to zobaczy i powie: „Jestem z ciebie dumny”. Na studniówkę przyszła tylko mama i babcia. Tata nawet nie odpisał na zaproszenie.
Po maturze dostałam się na psychologię na UW. Mama była dumna:
– Wiedziałam, że ci się uda!
Ale ja patrzyłam na puste miejsce przy stole i myślałam: „Tato nawet nie wie…”
Na studiach poznałam Pawła. Był zupełnie inny niż mój ojciec – czuły, troskliwy, zawsze obecny. Kiedy powiedziałam mu o swoim dzieciństwie, przytulił mnie mocno:
– Już nigdy nie będziesz sama.
Zaręczyliśmy się po trzech latach. Mama była szczęśliwa, ale babcia ostrzegła:
– Uważaj na mężczyzn…
Nie słuchałam jej. Chciałam wierzyć, że tym razem będzie inaczej.
Ślub odbył się w małym kościele na Targówku. Zaprosiłam tatę przez Facebooka – nawet nie przeczytał wiadomości. Przyszli tylko mama z Andrzejem i babcia z dziadkiem.
Po ślubie zamieszkaliśmy z Pawłem na Bemowie. Urodziła się nasza córka Zosia. Kiedy pierwszy raz powiedziała „mama”, rozpłakałam się ze szczęścia i przerażenia jednocześnie – czy potrafię być lepszym rodzicem niż mój ojciec?
Pewnego dnia zadzwonił telefon:
– Dzień dobry, tu szpital na Wołoskiej… Pański ojciec miał udar.
Serce mi stanęło. Nie widziałam go od ponad dziesięciu lat.
Pojechałam tam sama. Leżał blady, wychudzony, spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem:
– Martyna…
Nie wiedziałam co powiedzieć.
– Dlaczego odszedłeś? – zapytałam w końcu drżącym głosem.
Milczał długo.
– Bałem się… nie umiałem być ojcem…
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Ja całe życie chciałam tylko usłyszeć: jestem z ciebie dumny…
Uśmiechnął się słabo.
– Jestem…
Wyszłam ze szpitala roztrzęsiona. Przez całą drogę do domu płakałam jak dziecko.
Dziś mam trzydzieści dwa lata i własną rodzinę. Czasem patrzę na Zosię i boję się popełnić te same błędy co moi rodzice. Czy można naprawdę wybaczyć? Czy da się przestać tęsknić za kimś, kto nigdy nie wróci?
A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć komuś taką samotność? Czy dzieci naprawdę są winne błędów dorosłych?