Matka wybacza, dzieci nie – historia rodziny rozbitej przez zdradę

– Nie wierzę, że naprawdę to rozważasz! – krzyknęłam, trzaskając drzwiami kuchni. Mama siedziała przy stole, z kubkiem herbaty w dłoniach, patrząc gdzieś w dal przez okno. W powietrzu wisiała cisza, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa.

– Marto, proszę cię… – zaczęła cicho, ale przerwałam jej gwałtownie.

– Mamo, on cię zostawił! Zostawił nas wszystkich! Pięć lat temu rozbił naszą rodzinę na kawałki i nawet się nie obejrzał! A ty chcesz go z powrotem? Po tym wszystkim?

Mama westchnęła ciężko. W jej oczach zobaczyłam łzy, które próbowała ukryć przede mną od miesięcy. – Każdy zasługuje na drugą szansę – wyszeptała. – Ludzie się zmieniają.

Wybiegłam z kuchni, mijając mojego młodszego brata, Pawła, który stał w korytarzu z zaciśniętymi pięściami. – Nie damy mu wrócić – powiedział przez zęby. – Nie po tym wszystkim.

Wszystko zaczęło się pięć lat temu. Mój ojciec, Andrzej, był szanowanym lekarzem w naszym mieście pod Krakowem. Mieliśmy dom z ogrodem w Wieliczce, dwa samochody i życie, które wydawało się stabilne i szczęśliwe. Mama, Ewa, prowadziła własny salon fryzjerski. Ja byłam już po studiach i mieszkałam z mężem w Krakowie, Paweł kończył liceum.

Pamiętam tamten dzień jak dziś. Było lato, upalne popołudnie. Mama płakała w łazience, a ja nie wiedziałam jeszcze dlaczego. Ojciec wrócił późno, spakował walizkę i powiedział tylko: – Muszę odejść. Zakochałem się w kimś innym. Przepraszam.

To „przepraszam” brzmiało jak kpina. Zostawił mamę bez słowa wyjaśnienia, bez pieniędzy – bo konto było wspólne, ale on zmienił hasło do bankowości internetowej. Zabrał samochód i większość oszczędności. Paweł musiał zrezygnować z kursu prawa jazdy, bo nie było za co zapłacić. Mama zamknęła salon na kilka miesięcy z powodu depresji.

Ojciec zamieszkał z nową partnerką – młodą pielęgniarką ze szpitala. Szybko urodziło im się dziecko. Przez dwa lata nie odezwał się do nas ani razu. Alimenty płacił nieregularnie, czasem musieliśmy prosić jego siostrę, żeby interweniowała.

Najgorsze były święta. Mama próbowała udawać przed sąsiadami i rodziną, że wszystko jest w porządku. Ale ja widziałam jej pusty wzrok przy stole wigilijnym i Pawła, który coraz częściej znikał na całe noce.

Po trzech latach ojciec zadzwonił do mnie pierwszy raz. Byłam wtedy w ciąży z moją córką, Zosią. – Marta… wiem, że zawaliłem. Chciałem tylko powiedzieć… przepraszam – powiedział głosem pełnym żalu.

– Za późno na przeprosiny – odpowiedziałam i rozłączyłam się.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jego nowa rodzina właśnie się rozpada. Pielęgniarka wyrzuciła go z mieszkania po tym, jak dowiedziała się o kolejnej zdradzie. Ojciec został sam – bez domu, bez pieniędzy, bez przyjaciół.

Zaczął dzwonić coraz częściej – najpierw do mnie, potem do Pawła. My byliśmy nieugięci. Ale mama… Mama zaczęła odbierać telefony. Najpierw krótko i chłodno, potem coraz dłużej. W końcu zaprosiła go na herbatę.

– On jest chory – powiedziała mi któregoś wieczoru przez telefon. – Ma problemy z sercem. Nie ma gdzie mieszkać.

– To nie nasz problem! – wybuchłam. – On nas zostawił! Pamiętasz, jak płakałaś nocami? Jak musiałaś sprzedać salon? Jak Paweł musiał dorabiać na budowie zamiast studiować?

Mama milczała długo. W końcu powiedziała tylko: – Marta, ja już nie mam siły nienawidzić.

Paweł był jeszcze bardziej stanowczy ode mnie. Kiedy dowiedział się, że mama chce przyjąć ojca pod swój dach, wpadł w furię.

– Jeśli on tu wróci, ja się wyprowadzam! – krzyczał podczas rodzinnej awantury.

– Pawełku… to twój ojciec… – próbowała łagodzić mama.

– Nie mam ojca! Mój ojciec umarł pięć lat temu!

Wtedy mama pierwszy raz od lat podniosła głos:

– Dość! To mój dom i moja decyzja! Nie będę was pytać o pozwolenie!

Przez kilka dni panowała grobowa cisza. Każdy zamknął się w swoim świecie bólu i żalu. Ja nie mogłam spać po nocach – śniły mi się obrazy sprzed lat: tata huśtający mnie na placu zabaw w parku Jordana, wspólne wakacje nad Bałtykiem, śmiech przy grillu na działce… Wszystko to wydawało się teraz kłamstwem.

Któregoś dnia zadzwoniła do mnie ciocia Halina:

– Marta… twoja mama jest dobra do szpiku kości. Ale ty musisz ją chronić przed sobą samą! Andrzej zawsze był egoistą!

– Wiem ciociu… Ale ona nie chce słuchać.

Z Pawłem spotkaliśmy się w kawiarni na Rynku Głównym. Siedzieliśmy naprzeciw siebie w milczeniu.

– Co robimy? – spytał w końcu cicho.

– Nic nie możemy zrobić… To jej życie.

– A jeśli on ją znowu skrzywdzi?

Nie miałam odpowiedzi.

Kilka dni później ojciec pojawił się pod domem mamy z walizką i bukietem zwiędłych róż. Stałam wtedy na ganku z córką na rękach.

– Cześć Marto… Mogę wejść?

Chciałam powiedzieć „nie”, ale zobaczyłam mamę stojącą za mną ze łzami w oczach.

Weszliśmy do środka. Ojciec usiadł przy stole jakby nigdy nic się nie stało.

– Wiem, że zawiodłem was wszystkich – zaczął drżącym głosem. – Nie proszę o wybaczenie… Proszę tylko o dach nad głową.

Mama podała mu herbatę i usiadła obok niego. Ja patrzyłam na nich jak na obcych ludzi.

Po kilku tygodniach sytuacja stała się nie do zniesienia. Paweł wyprowadził się do dziewczyny do Katowic i przestał odbierać telefony od mamy. Ja ograniczyłam wizyty do minimum.

Mama próbowała nas przekonać:

– On naprawdę się zmienił… Jest chory… Samotny…

Ale dla mnie to było za mało.

Któregoś wieczoru zadzwoniła do mnie Zosia:

– Mamo, dlaczego dziadek płacze?

Zatkało mnie na chwilę.

– Bo czasem dorośli też są smutni, kochanie…

Zrozumiałam wtedy jedno: ta historia nigdy nie będzie miała szczęśliwego zakończenia dla wszystkich.

Dziś mijają dwa miesiące odkąd ojciec wrócił do domu mamy. Paweł nadal nie rozmawia z rodzicami. Ja odwiedzam ich rzadko i czuję się tam obco jak nigdy wcześniej.

Czasem patrzę na moją córkę i zastanawiam się: czy kiedyś będę potrafiła wybaczyć tak jak moja mama? Czy wy bylibyście w stanie wybaczyć komuś taką zdradę? A może są rzeczy niewybaczalne?