Mąż zarezerwował pierwszą klasę dla siebie i teściowej – a mnie i dzieci zostawił w ekonomicznej. Czy to już znak, że przestaliśmy być rodziną?
Zacznę od końca, bo właśnie wtedy zrozumiałam, że coś się we mnie złamało. Siedziałam na lotnisku w Barcelonie, z dwójką dzieci śpiących na moich kolanach, a Paweł – mój mąż – stał obok swojej mamy, pani Haliny, obiecywał jej kawę i świeżą bułeczkę. Nawet nie spojrzał w moją stronę. Wtedy dotarło do mnie: nie jestem już partnerką, jestem dodatkiem do bagażu. Ale wróćmy do początku tej historii.
Wszystko zaczęło się kilka tygodni wcześniej. Paweł przyszedł do kuchni z szerokim uśmiechem i powiedział:
– Kochanie, mam niespodziankę! Lecimy całą rodziną do Barcelony! – wykrzyknął, pokazując mi wydrukowane bilety.
Spojrzałam na nie i od razu coś mi nie pasowało. Dwa bilety w pierwszej klasie – dla Pawła i jego mamy. Trzy w ekonomicznej – dla mnie, naszej córki Oliwii (7 lat) i syna Michała (10 lat).
– Paweł… to chyba pomyłka? – zapytałam cicho.
– Nie, nie! Mama ma chore kolano, wiesz przecież. Musi mieć wygodnie. A ja… no cóż, ktoś musi jej pomóc z bagażem i ogarnąć wszystko na miejscu. Ty sobie poradzisz z dzieciakami, prawda?
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Przez chwilę miałam ochotę rzucić tymi biletami o podłogę. Ale dzieci już podskakiwały z radości.
– Mamo! Lecimy do Hiszpanii! – krzyczała Oliwia.
Nie chciałam psuć im radości. Przełknęłam więc gorycz i powiedziałam tylko:
– Jasne, poradzę sobie.
Lot był koszmarem. Michał dostał mdłości podczas startu, a Oliwia przez pół drogi płakała, bo nie mogła spać na niewygodnym siedzeniu. Ja próbowałam ogarnąć ich oboje jednocześnie, podając chusteczki, wodę i przytulając. W tym czasie Paweł i Halina siedzieli za zasłoną, popijali kawę i rozmawiali o serialach. Widziałam ich tylko przez chwilę, gdy przechodzili do toalety – nawet nie zapytali, czy czegoś nam potrzeba.
Po przylocie Paweł podszedł do nas wypoczęty i uśmiechnięty:
– No i jak tam? Daliście radę?
Chciałam wybuchnąć płaczem albo krzykiem. Ale tylko skinęłam głową.
W hotelu sytuacja się powtarzała. Halina miała osobny pokój z balkonem i widokiem na morze. My – pokój rodzinny z widokiem na parking. Każdego dnia Paweł zabierał mamę na spacery po starówce albo do kawiarni. Ja chodziłam z dziećmi do parku Güell albo na plażę.
Pewnego wieczoru zebrałam się na odwagę:
– Paweł, czy możemy jutro pójść wszyscy razem? Dzieci chciałyby zobaczyć oceanarium.
Halina spojrzała na mnie z politowaniem:
– Oj, dziecko… Ja już swoje dzieci wychowałam. Teraz chcę odpocząć.
Paweł tylko wzruszył ramionami:
– Mama ma rację. Ty przecież lubisz spędzać czas z dziećmi.
Czułam się coraz bardziej samotna. Wieczorami pisałam do siostry:
„Nie wiem, co robić. Czuję się jak opiekunka na cudzych wakacjach.”
Odpisała mi:
„Postaw granicę. Inaczej zawsze będziesz ostatnia.”
Ale jak postawić granicę, kiedy dzieci patrzą na ciebie z oczekiwaniem? Kiedy mąż nawet nie widzi problemu?
Kulminacja nastąpiła podczas powrotnego lotu. Tym razem Michał dostał gorączki już przed wejściem do samolotu. Prosiłam Pawła:
– Może zamienisz się ze mną miejscem? Chociaż na chwilę?
Spojrzał na mnie zdziwiony:
– Przecież mama nie da rady sama…
Wtedy coś we mnie pękło.
Przez cały lot tuliłam rozpalonego syna i uspokajałam przerażoną Oliwię podczas turbulencji. Stewardesa przyniosła mi mokre ręczniki i herbatę. Paweł nawet nie zajrzał za zasłonę.
Po powrocie do domu przez kilka dni nie odzywałam się do niego poza sprawami organizacyjnymi. W końcu usiadłam naprzeciwko niego przy stole.
– Paweł… Czy ty naprawdę nie widzisz, co się dzieje?
Spojrzał na mnie zaskoczony:
– O co ci chodzi? Przecież wszystko było dobrze!
– Dobrze? – głos mi drżał. – Byliśmy na rodzinnych wakacjach, a ja przez cały czas czułam się jak powietrze! Ty i twoja mama byliście drużyną A, a ja… dodatkiem do bagażu!
Zamilkł na chwilę.
– Przesadzasz…
– Nie przesadzam! – przerwałam mu ostro. – Chcę być partnerką, a nie służącą! Chcę być matką twoich dzieci, a nie nianią na urlopie!
Wstałam od stołu i wyszłam do sypialni. Tam rozpłakałam się jak dziecko.
Następnego dnia Paweł próbował mnie przeprosić kwiatami i czekoladkami. Ale to już nie wystarczało.
Kilka dni później zadzwoniła Halina:
– Wiesz, może przesadziłam z tymi wymaganiami… Ale Paweł zawsze był moim oczkiem w głowie.
– A ja jestem tylko matką jego dzieci? – zapytałam gorzko.
Zamilkła.
Od tamtej pory dużo się zmieniło. Zaczęłam stawiać granice – nie zgadzam się już na wszystko bez słowa. Częściej rozmawiam z Pawłem o swoich potrzebach. Ale wciąż boję się, że kiedyś znów zostanę „z tyłu”.
Czasem patrzę na nasze wspólne zdjęcia z Barcelony i zastanawiam się: czy można odbudować bliskość po tylu upokorzeniach? Czy wy też mieliście kiedyś poczucie bycia niewidzialnym w swojej rodzinie? Jak sobie z tym poradziliście?