Między nami przepaść – historia, której nie chciałam przeżyć

Wszystko zaczęło się od trzaśnięcia drzwiami. Ten dźwięk rozciął ciszę mojego mieszkania jak brzytwa. Stałam w przedpokoju, wciąż w kapciach, z kubkiem zimnej kawy w ręku, patrząc na zamknięte drzwi. „To już? Naprawdę?” – zapytałam sama siebie, choć przecież wiedziałam, że to nie żart. Mój mąż, Michał, wyszedł. Zostawił mnie dla innej kobiety. Po piętnastu latach wspólnego życia, po dwóch synach, po tylu planach i marzeniach. Zostawił mnie z pustką, która wypełniła każdy kąt naszego mieszkania na warszawskim Ursynowie.

Nie płakałam od razu. Najpierw była złość – na niego, na siebie, na świat. Potem przyszła rozpacz. W końcu – paraliżująca obojętność. Dni zlewały się w jedno. Praca w szkole podstawowej dawała mi tylko chwilowe ukojenie – dzieciaki nie pytały, dlaczego pani jest smutna. W domu czekała cisza i echo dawnych kłótni.

Pewnego wieczoru zadzwoniła mama. „Kinga, musisz coś ze sobą zrobić. Nie możesz tak dalej żyć!” – jej głos był ostry jak zawsze. „Przyjedź do nas do Łomży, odpoczniesz, pomożesz mi z ogródkiem. Może w końcu pogadamy jak matka z córką?” Westchnęłam ciężko. Nasze rozmowy zawsze kończyły się kłótnią – mama nigdy nie akceptowała moich wyborów. „Nie wiem, mamo…” – zaczęłam niepewnie. „Nie ma co się zastanawiać! Pakuj się i przyjeżdżaj!” – przerwała mi bezceremonialnie.

Następnego dnia spakowałam kilka rzeczy i ruszyłam pociągiem do rodzinnego domu. Po drodze patrzyłam przez okno na mijane pola i lasy, próbując nie myśleć o tym, co zostawiłam za sobą. Wysiadłam na małej stacji i poczułam znajomy zapach wilgotnej ziemi i dymu z kominów.

Mama czekała na mnie przed domem. „No wreszcie! Myślałam, że się rozmyślisz” – rzuciła z przekąsem. Przytuliła mnie sztywno, jakbyśmy były dwiema obcymi kobietami zmuszonymi do bliskości przez okoliczności.

W domu panował bałagan – tata od śmierci babci nie miał już siły sprzątać, a mama narzekała na wszystko i wszystkich. „Zobacz, jak tu wygląda! A twoja siostra to nawet nie zadzwoni! Tylko ty mi zostałaś…” – zaczęła swój codzienny monolog.

Wieczorem usiadłyśmy przy kuchennym stole. „Kinga, powiedz mi szczerze – co ty teraz zamierzasz? Przecież nie możesz całe życie być sama!” – mama spojrzała na mnie surowo. „Mamo, daj mi czas… Ja nawet nie wiem, kim jestem bez Michała” – wyszeptałam.

Nagle drzwi trzasnęły i do kuchni wszedł mój brat Paweł z żoną Magdą i ich córką Zosią. „O! Królowa Warszawy wróciła na wieś!” – zażartował Paweł złośliwie. Magda przewróciła oczami i zaczęła rozpakowywać zakupy. „Nie zaczynajcie…” – poprosiłam cicho.

Ale rodzinna kolacja szybko zamieniła się w awanturę. Mama narzekała na Pawła, że nie pomaga w domu; Paweł wytykał mi, że uciekam od problemów; Magda milczała, a Zosia płakała, bo nikt nie chciał jej dać telefonu.

Po kolacji wyszłam przed dom i usiadłam na schodach. Noc była cicha, tylko gdzieś daleko szczekał pies sąsiadów. Poczułam się jak dziecko – zagubiona i samotna.

Następnego dnia postanowiłam pójść nad rzekę Narew – miejsce mojego dzieciństwa. Szłam polną drogą, mijając stare chaty i znajome twarze sąsiadów. Nagle usłyszałam za sobą głos:

– Kinga? To naprawdę ty?

Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stał Bartek – moja pierwsza miłość z liceum. Wyższy niż zapamiętałam, z kilkudniowym zarostem i smutnymi oczami.

– Bartek… Co ty tu robisz?

– Mieszkam tu przecież… Po śmierci ojca przejąłem gospodarstwo. A ty? Słyszałem o twoim… rozwodzie.

Poczułam ukłucie wstydu.

– Tak… Michał odszedł do innej.

Bartek spojrzał na mnie uważnie.

– Przykro mi. Ale wiesz… życie toczy się dalej.

Szliśmy razem brzegiem rzeki, rozmawiając o dawnych czasach. Bartek opowiadał o trudach prowadzenia gospodarstwa po pandemii, o samotności po śmierci matki.

– Wiesz, Kinga… Czasem myślę, że wszyscy uciekamy od siebie nawzajem. Ty do miasta, ja tu zostałem… A przecież kiedyś byliśmy sobie tak bliscy.

Zamilkliśmy na chwilę.

– Może powinniśmy spróbować jeszcze raz? – zapytał nagle Bartek cicho.

Zaskoczył mnie tym pytaniem. Przez chwilę miałam ochotę uciec.

– Nie wiem… Ja nawet nie wiem, czy potrafię jeszcze kochać.

Bartek uśmiechnął się smutno.

– To się okaże.

Wieczorem wróciłam do domu i zastałam mamę płaczącą przy stole.

– Co się stało? – zapytałam zaniepokojona.

– Twój ojciec… On chce sprzedać dom po babci! Chce wyjechać do siostry do Niemiec! A ja? Gdzie ja pójdę?

Usiadłam obok niej i objęłam ją ramieniem.

– Mamo… Może to czas na zmiany? Może powinnaś pomyśleć o sobie?

Mama spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Łatwo ci mówić! Ty zawsze miałaś wybór!

Poczułam narastającą złość.

– Naprawdę? A może to ty nigdy nie pozwoliłaś mi być sobą?

Wybuchła między nami kłótnia jakich wiele przez lata – o niespełnione oczekiwania, o żale sprzed lat, o to kto komu bardziej zawinił.

W nocy długo nie mogłam zasnąć. Myśli krążyły wokół Bartka i mamy. Czy naprawdę jestem skazana na samotność? Czy potrafię wybaczyć mamie jej surowość?

Następnego dnia postanowiłam odwiedzić dom po babci – stary drewniany budynek na skraju wsi. Weszłam do środka i poczułam znajomy zapach starych mebli i lawendy. Przypomniały mi się wakacje u babci – beztroskie dni nad rzeką, wieczory przy ognisku…

Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi.

– Kinga? Jesteś tu?

To był tata.

– Tato… Chcesz sprzedać ten dom?

Tata spuścił wzrok.

– Nie wiem już sam… Tu wszystko przypomina mi mamę. Ale może tobie by się przydało trochę spokoju?

Objęliśmy się niezręcznie.

– Może powinnam tu zostać na dłużej… Odpocząć od wszystkiego?

Tata pokiwał głową ze zrozumieniem.

Przez kolejne dni pomagałam rodzicom w domu i ogrodzie. Z Bartkiem widywałam się coraz częściej – czasem przy pracy w polu, czasem wieczorem nad rzeką. Powoli zaczynałam czuć spokój, którego tak bardzo mi brakowało w Warszawie.

Ale rodzinne konflikty nie dawały o sobie zapomnieć. Mama coraz częściej wypominała mi moje błędy; Paweł zarzucał mi egoizm; Magda sugerowała, że powinnam wrócić do miasta i zostawić ich w spokoju.

Pewnego wieczoru doszło do wielkiej awantury przy stole:

– Ty zawsze myślisz tylko o sobie! – krzyknęła mama.
– A ty nigdy nie pozwoliłaś mi być szczęśliwą! – odpowiedziałam drżącym głosem.
– Może gdybyś została tutaj, wszystko byłoby inaczej! – dodał Paweł.
– Może gdybyście mnie wspierali zamiast oceniać… – wyszeptałam przez łzy.

Wyszłam z domu trzaskając drzwiami – tym razem to ja byłam tą osobą odchodzącą.

Poszłam nad rzekę i usiadłam na brzegu. Po chwili pojawił się Bartek.

– Znowu uciekasz?
– Nie wiem już nawet przed czym…
– Przed sobą samą? Przed rodziną?
– Przed przeszłością…
– Kinga… Każdy ma swoją przepaść do pokonania. Ale czasem wystarczy zrobić krok naprzód…

Spojrzałam mu w oczy i poczułam coś na kształt nadziei.

Dziś siedzę w starym domu po babci i piszę te słowa. Nie wiem jeszcze, co będzie dalej – czy wrócę do miasta, czy zostanę tu na zawsze; czy pogodzę się z rodziną; czy pozwolę sobie jeszcze kiedyś kochać…

Ale jedno wiem na pewno: między mną a światem była przepaść – może sama ją wykopałam? Może czas ją zasypać? Czy Wy też kiedyś czuliście tę pustkę między sobą a bliskimi? Jak ją pokonaliście?