Miłość w cieniu: Historia Marty i zakazanych uczuć
Z hukiem zatrzasnęły się drzwi mojego mieszkania na warszawskim Ursynowie. Stałam oparta o ścianę, drżącymi dłońmi ściskając telefon. Na ekranie wciąż świeciła wiadomość od Pawła: „Nie mogę dziś przyjechać. Anka coś podejrzewa. Przepraszam.”
W tej jednej chwili poczułam, jakby cały świat runął mi na głowę. To nie był pierwszy raz, kiedy Paweł odwoływał spotkanie. Ale dziś… dziś miałam mu powiedzieć, że jestem w ciąży. Tak, ja – Marta Nowicka, 38 lat, nauczycielka polskiego w liceum, zakochana w żonatym mężczyźnie, który nigdy nie obiecywał mi niczego poza chwilami skradzionymi między jego rodziną a moją samotnością.
Wszystko zaczęło się dwa lata temu na szkolnej wywiadówce. Paweł przyszedł jako ojciec jednej z moich uczennic. Był inny niż wszyscy – uważny, ciepły, z tym smutkiem w oczach, który rozpoznaje się tylko wtedy, gdy samemu się go nosi. Po spotkaniu podszedł do mnie.
– Pani Marto, mogę chwilę porozmawiać? – zapytał cicho.
Rozmawialiśmy wtedy o jego córce, ale szybko zeszliśmy na tematy życia, marzeń i rozczarowań. Od tamtej pory spotykaliśmy się coraz częściej – najpierw przypadkiem na korytarzu szkoły, potem już celowo w kawiarni na rogu. Zakochałam się w nim bez pamięci.
Moja matka, pani Halina – emerytowana pielęgniarka z Pruszkowa – zawsze powtarzała: „Marta, nie pakuj się w kłopoty. Żonaty facet to tylko łzy.” Ale ja nie słuchałam. Wierzyłam, że z Pawłem jest inaczej. Że jego małżeństwo to tylko formalność, że on kocha mnie naprawdę.
Pewnego wieczoru zadzwoniła do mnie siostra – Agata.
– Marta, mama mówiła, że widziała cię z jakimś facetem pod szkołą. To prawda?
– Agata, proszę cię…
– On jest żonaty? – przerwała mi bezlitośnie.
Zamilkłam. Wiedziałam, że nie mam szans na zrozumienie.
– Wiesz co? – ciągnęła Agata. – Ty zawsze musisz robić wszystko po swojemu. Ale nie licz na to, że będziemy cię wspierać, jeśli coś się wyda.
Odłożyłam słuchawkę i rozpłakałam się jak dziecko. Zawsze byłam tą „rozsądną”, tą „grzeczną”. Teraz byłam tą złą.
Paweł dzwonił coraz rzadziej. Tłumaczył się pracą, rodziną, problemami z córką. Ale kiedy już przychodził – świat stawał się piękny. Gotowałam dla niego rosół według przepisu babci, śmialiśmy się z głupich filmów i przez chwilę udawałam, że jestem szczęśliwa.
Wszystko zmieniło się pewnej niedzieli. Siedziałam z mamą przy stole w jej mieszkaniu w Pruszkowie. Zegar wybijał południe.
– Marta – zaczęła mama – ty naprawdę myślisz, że on zostawi rodzinę dla ciebie? Przecież oni mają dom, dziecko…
– Mamo, ja go kocham – wyszeptałam.
– Miłość to nie wszystko. Pomyśl o sobie. O tym dziecku…
Zamarłam. Skąd ona wiedziała?
– Agata mi powiedziała – dodała cicho mama. – Ty nawet nie potrafisz zachować tajemnicy przed własną rodziną.
Wybiegłam z mieszkania i długo błąkałam się po parku Potulickich. Czułam się jak wyklęta.
Tymczasem Paweł coraz bardziej oddalał się ode mnie. Pisał krótkie wiadomości: „Nie mogę dziś”, „Jestem potrzebny w domu”, „Anka jest chora”.
W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam: „Paweł, musimy porozmawiać. Jestem w ciąży.”
Odpisał dopiero po dwóch dniach: „Marta… nie wiem co powiedzieć. Muszę to przemyśleć.”
Czekałam tydzień. Potem dwa. W końcu zadzwonił.
– Marta… Ja nie mogę zostawić Ani i córki. Przepraszam… Nie wiem co robić.
– A ja? A nasze dziecko?
– Pomogę ci finansowo… Ale nie mogę być z tobą tak jak chcesz.
Zamarłam. Wszystko we mnie krzyczało: „Nie chcę twoich pieniędzy! Chcę ciebie!” Ale wiedziałam już, że przegrałam tę walkę.
W pracy zaczęły się plotki. Koleżanka z pokoju nauczycielskiego – pani Iwona – szepnęła mi pewnego dnia:
– Marta, słyszałam… Wiesz, ludzie gadają…
– Nie obchodzi mnie to – rzuciłam ostro.
Ale bolało. Bolało bardziej niż mogłam sobie wyobrazić.
W domu matka milczała. Siostra przestała odbierać telefony. Nawet sąsiadka spod trójki patrzyła na mnie jakoś inaczej.
Czułam się sama jak nigdy dotąd.
Ciąża była trudna. Lekarz mówił o zagrożeniu poronieniem ze względu na stres. Leżałam całymi dniami na kanapie i patrzyłam w sufit.
Pewnego dnia zadzwoniła Anka – żona Pawła.
– Marta? Wiem o wszystkim. Proszę cię… zostaw naszą rodzinę w spokoju.
Nie potrafiłam nic odpowiedzieć. Tylko łzy płynęły mi po policzkach.
Urodziłam syna – Janka – sama w szpitalu na Inflanckiej. Paweł przyszedł raz, przyniósł misia i kopertę z pieniędzmi.
– Przepraszam… Nie umiem inaczej – powiedział i wyszedł.
Dziś Janek ma pół roku. Jest całym moim światem. Matka powoli zaczyna mi pomagać – przychodzi czasem ugotować obiad albo zabrać małego na spacer. Siostra milczy do dziś.
Czasem widuję Pawła na ulicy – idzie z córką za rękę, uśmiecha się do niej tak samo jak kiedyś do mnie. Udajemy obcych ludzi.
Wieczorami pytam siebie: czy warto było? Czy miłość naprawdę usprawiedliwia wszystko? Czy można być szczęśliwym kosztem czyjegoś cierpienia?
A może są takie wybory, których nigdy nie da się naprawić?
Co Wy o tym myślicie? Czy każda miłość jest tego warta?