Moje dziecko stało mi się obce… Historia ojca, który patrzy, jak syn gaśnie przez toksyczny związek
Drzwi trzasnęły z hukiem, a ja przez chwilę stałem w korytarzu, ściskając w dłoni kubek z zimną już herbatą. Słyszałem stłumione głosy zza ściany – mój syn, Paweł, i jego partnerka, Justyna. Ich rozmowy od miesięcy przypominały raczej przesłuchania niż dialog dwojga ludzi. „Nie rozumiesz? Znowu zawaliłeś! Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie zostawiał butów w przedpokoju?” – jej głos był ostry jak brzytwa. Paweł milczał. Zawsze milczał. Kiedyś miał własne zdanie, potrafił się postawić, żartował nawet w najtrudniejszych chwilach. Teraz był cieniem chłopaka, którego wychowałem.
Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może wtedy, gdy po raz pierwszy przyprowadził Justynę do naszego domu w Katowicach. Była elegancka, pewna siebie, z tym swoim chłodnym uśmiechem i spojrzeniem, które przeszywało na wskroś. Moja żona, Teresa, od razu poczuła dystans. „Ona jest inna niż wszystkie dziewczyny Pawła” – szepnęła mi kiedyś wieczorem. „Może to dobrze?” – próbowałem żartować. Ale już wtedy coś ścisnęło mnie w środku.
Paweł miał 29 lat, pracował jako informatyk w dużej firmie. Był dumny ze swojej pracy i z tego, że sam kupił sobie mieszkanie na osiedlu Tysiąclecia. Po rozstaniu z poprzednią dziewczyną długo nie mógł się pozbierać. Gdy pojawiła się Justyna – piękna, wykształcona prawniczka – wydawało się, że los się do niego uśmiechnął. Przez pierwsze miesiące byli nierozłączni. Wspólne wyjazdy w góry, kolacje u nas w domu, śmiech przy stole.
A potem zaczęły się drobne zgrzyty. Najpierw Justyna nie chciała przychodzić na rodzinne obiady. „Twoja matka mnie nie lubi” – rzucała z przekąsem. Paweł próbował tłumaczyć: „Mamo, ona po prostu jest nieśmiała”. Ale ja widziałem jej wzrok – zimny i oceniający.
Pewnego dnia Teresa powiedziała mi: „Paweł się zmienia. Przestał dzwonić bez powodu, nie wpada już na kawę po pracy”. Zbyłem ją machnięciem ręki – dorosły facet, ma swoje życie. Ale potem sam zauważyłem: Paweł coraz rzadziej się uśmiechał. Znikał na całe weekendy, a kiedy już przychodził, był spięty i zamyślony.
Przełom nastąpił podczas świąt Bożego Narodzenia dwa lata temu. Zaprosiliśmy ich oboje na Wigilię. Justyna przyszła z wymuszoną miną i przez całą kolację siedziała z telefonem pod stołem. Kiedy Teresa podała jej barszcz z uszkami, Justyna odsunęła talerz i powiedziała: „Nie jem glutenu”. Paweł spojrzał na mnie przepraszająco i zaczął ją usprawiedliwiać. Po kolacji Justyna wyciągnęła go za rękę: „Chodźmy już”. Nawet nie podziękowała.
Od tamtej pory widywaliśmy Pawła coraz rzadziej. Czasem wpadał sam na chwilę – zawsze zmęczony, z podkrążonymi oczami. „Wszystko w porządku?” – pytałem. „Tak, tato… tylko dużo pracy” – odpowiadał i szybko zmieniał temat.
Któregoś dnia Teresa zadzwoniła do mnie zapłakana: „Paweł był u mnie rano… Wyglądał okropnie. Powiedział tylko, że musi wracać do domu, bo Justyna się denerwuje”.
Zacząłem obserwować ich relację uważniej. Justyna kontrolowała każdy jego krok – sprawdzała telefon, wypytywała o kolegów z pracy, decydowała o tym, gdzie pojadą na urlop i z kim mogą się spotykać. Paweł przestał wychodzić z przyjaciółmi na piwo. „Justyna nie lubi moich znajomych” – tłumaczył.
Pewnego wieczoru zadzwonił do mnie późno: „Tato… mogę przyjechać? Muszę pogadać”. Siedzieliśmy w kuchni do drugiej w nocy. Paweł mówił cicho:
– Nie wiem już sam… Ona ciągle jest niezadowolona. Cokolwiek zrobię – źle. Jak wracam później z pracy – awantura. Jak chcę wyjść pobiegać – foch na cały wieczór.
– Synu… kochasz ją jeszcze?
– Nie wiem… Chyba się boję być sam.
Serce mi pękało. Chciałem mu powiedzieć: „Zostaw ją! Wracaj do siebie!”. Ale wiedziałem, że to nic nie da.
Kilka tygodni później Paweł zadzwonił z wiadomością: „Justyna jest w ciąży”. Ucieszyłem się – może dziecko coś zmieni? Ale było tylko gorzej.
Justyna stała się jeszcze bardziej apodyktyczna i kapryśna. Wymagała od Pawła wszystkiego: zakupów na telefon, sprzątania mieszkania po nocach („bo rano przyjdzie moja mama i musi być idealnie!”), gotowania specjalnych dietetycznych posiłków. Gdy Paweł próbował odpocząć po pracy – słyszał: „Nie jestem twoją służącą!”.
Po narodzinach małego Michała sytuacja tylko się pogorszyła. Justyna nie pozwalała nikomu dotykać dziecka bez jej zgody. Teresa płakała po kątach: „Nie mogę nawet potrzymać wnuka na rękach!”.
Paweł coraz częściej zamykał się w sobie. W pracy zaczął popełniać błędy, szef wezwał go na rozmowę dyscyplinującą. W domu czekały go kolejne pretensje: „Znowu przyniosłeś brud pod butami! Michał się rozchoruje przez ciebie!”.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie sąsiadka Pawła:
– Panie Marku… przepraszam, że się wtrącam… ale słyszę czasem krzyki u państwa syna…
Zamarłem.
– Krzyki?
– Tak… ta pani bardzo głośno krzyczy na Pawła…
Po tej rozmowie długo nie mogłem spać.
Próbowałem rozmawiać z Justyną:
– Justyno… może potrzebujecie pomocy? Może powinniście porozmawiać z kimś?
Spojrzała na mnie jak na intruza:
– Proszę się nie wtrącać w nasze sprawy rodzinne.
Paweł coraz częściej chorował – przeziębienia ciągnęły się tygodniami. Zacząłem podejrzewać depresję. Namawiałem go na wizytę u psychologa:
– Synu… to nie wstyd poprosić o pomoc.
– Tato… ona mówi, że jestem słaby… że tylko mięczaki chodzą do psychologa…
Czułem bezsilność jak nigdy dotąd.
W końcu Teresa nie wytrzymała i pojechała do nich bez zapowiedzi. Wróciła blada jak ściana:
– Paweł myje podłogi o szóstej rano, bo Justyna kazała przed wyjściem do pracy! A ona leży w łóżku i przegląda Instagram!
Zacząłem mieć koszmary – śniło mi się, że Paweł znika bez śladu albo że coś sobie robi.
Któregoś dnia zadzwoniłem do niego wieczorem:
– Synu… jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebował pomocy… pamiętaj, że masz dom.
Po drugiej stronie usłyszałem cichy szloch.
Kilka tygodni później Paweł pojawił się u nas niespodziewanie z Michałem na rękach:
– Tato… mogę zostać na noc?
Przytuliłem go mocno:
– Zawsze możesz zostać.
Siedzieliśmy razem do rana. Michał spał spokojnie w pokoju obok. Paweł opowiadał o codziennych awanturach:
– Ona grozi mi rozwodem za każdym razem, gdy coś jej nie pasuje… Straszy, że zabierze mi Michała i już go nie zobaczę…
– Synu… musisz pomyśleć o sobie i o dziecku…
– Boję się…
Następnego dnia Justyna przyszła po Michała jak burza:
– Co pan sobie wyobraża?! To moja rodzina! Nie będzie pan mieszał!
Wyrwała dziecko Pawłowi z rąk i wyszła trzaskając drzwiami.
Od tamtej pory Paweł prawie przestał się odzywać. Przychodzi tylko czasem sam – cichy, przygarbiony, jakby starszy o dziesięć lat.
Czasem łapię się na tym, że patrzę na jego zdjęcia sprzed kilku lat i pytam siebie: gdzie jest mój syn? Czy jeszcze kiedyś wróci ten dawny Paweł?
Czy rodzic może uratować dorosłe dziecko przed kimś, kto powoli odbiera mu wszystko? Czy powinienem był zrobić więcej? A może są sytuacje bez wyjścia? Co wy byście zrobili na moim miejscu?