Możesz na mnie polegać – historia, która nauczyła mnie granic własnej dobroci
– Nie mogę już dłużej tego słuchać! – krzyknęłam, trzaskając drzwiami od łazienki. Łzy ciekły mi po policzkach, a dłonie drżały tak mocno, że nie mogłam nawet odkręcić kranu. W kuchni słychać było głos mojej teściowej, pani Haliny, która po raz kolejny narzekała na moje gotowanie. – Zupa za słona, ziemniaki za twarde… A przecież robiłam wszystko, by jej dogodzić. Od pięciu lat byłam żoną Pawła i przez te pięć lat starałam się być idealną synową. Zawsze powtarzała: „Na ciebie zawsze można liczyć, Marto!”. Tylko że ja już nie chciałam być tą, na którą wszyscy mogą polegać.
Moje życie nie zawsze tak wyglądało. Kiedy poznałam Pawła na studiach w Krakowie, wydawał się inny niż wszyscy – czuły, opiekuńczy, z poczuciem humoru. Szybko się zakochaliśmy i równie szybko zamieszkaliśmy razem. Jego mama mieszkała wtedy w Nowym Sączu i widywaliśmy ją tylko od święta. Ale kiedy zachorowała na serce i lekarze zalecili jej przeprowadzkę do miasta, Paweł bez wahania zaproponował, by zamieszkała z nami.
– Przecież to tylko na chwilę – zapewniał. – Mama dojdzie do siebie i wróci do siebie.
Nie miałam serca odmówić. Sama wychowałam się w domu, gdzie rodzina była najważniejsza. Mama zawsze powtarzała: „Pomagaj ludziom, bo dobro wraca”. Wierzyłam w to święcie. Ale życie szybko zweryfikowało moje ideały.
Pani Halina wprowadziła się do nas z trzema walizkami i… całą masą oczekiwań. Od początku dawała mi do zrozumienia, że nie jestem wystarczająco dobrą żoną dla jej syna. – Paweł lubi schabowego takiego jak u mnie w domu – mówiła pierwszego dnia. – A ty robisz jakieś wymysły z kurczaka.
Starałam się jak mogłam. Gotowałam jej ulubione potrawy, sprzątałam dwa razy dziennie, robiłam zakupy według jej listy. Nawet kiedy wracałam zmęczona po pracy w szkole podstawowej na drugim końcu miasta, najpierw biegłam do apteki po jej leki, potem do warzywniaka po świeże ogórki na mizerię.
Paweł? On był wiecznie zajęty pracą w firmie informatycznej. Wracał późno i rzucał tylko: – Dzięki, że się wszystkim zajmujesz, kochanie.
Czasem miałam wrażenie, że jestem niewidzialna. Moja własna mama mieszkała 200 kilometrów dalej i widywałyśmy się rzadko. Kiedy dzwoniła, zawsze mówiłam jej, że wszystko jest w porządku. Nie chciałam martwić jej swoimi problemami.
Z czasem pani Halina zaczęła coraz bardziej ingerować w nasze życie. Krytykowała moje ubrania – „Za krótkie spódnice nie przystoją mężatce!” – komentowała moje relacje z przyjaciółkami – „Po co ci te spotkania? Powinnaś siedzieć w domu i dbać o rodzinę!”.
Pewnego dnia usłyszałam przez przypadek rozmowę Pawła z matką:
– Mamo, daj już spokój Marcie. Ona naprawdę się stara.
– Stara się? To dlaczego ciągle jest taki bałagan? I dlaczego ty musisz sam sobie prasować koszule?
– Bo ona też pracuje! – Paweł podniósł głos.
– Pracuje… Nauczycielka… To nie jest prawdziwa praca.
Zamarłam za drzwiami. Poczułam się jak śmieć. Przez kolejne dni chodziłam jak cień. W pracy dzieci pytały: „Pani Marto, dlaczego jest pani smutna?”. Uśmiechałam się sztucznie i mówiłam: „To tylko zmęczenie”.
Wszystko zmieniło się pewnego listopadowego wieczoru. Wracałam z wywiadówki późno, padał deszcz i było zimno jak diabli. Gdy weszłam do mieszkania, zobaczyłam panią Halinę siedzącą przy stole z sąsiadką z naprzeciwka.
– O, przyszła nasza służąca! – zażartowała sąsiadka.
– No tak, Marta wszystko zrobi! Na nią zawsze można liczyć! – odpowiedziała teściowa z uśmiechem.
Zrobiło mi się niedobrze. Wyszłam do łazienki i tam wybuchłam płaczem. Po raz pierwszy poczułam prawdziwą złość.
Następnego dnia zadzwoniła moja mama.
– Córeczko, co się dzieje? Słyszę po głosie, że coś jest nie tak.
Nie wytrzymałam i wszystko jej opowiedziałam. O tym, jak czuję się wykorzystywana przez Pawła i jego matkę. O tym, jak bardzo jestem samotna.
Mama milczała przez chwilę.
– Marto… Ty zawsze byłaś dobra dla wszystkich. Ale czy ktoś jest dobry dla ciebie?
Te słowa uderzyły mnie jak grom z jasnego nieba.
Wieczorem usiadłam z Pawłem przy stole.
– Musimy porozmawiać – zaczęłam drżącym głosem.
– O czym?
– O twojej mamie… O nas… Ja już nie daję rady.
Paweł spojrzał na mnie zdziwiony.
– Przecież wszystko jest dobrze! Mama potrzebuje pomocy…
– A ja? Ja też potrzebuję pomocy! Potrzebuję partnera!
Zaczął się kłócić:
– Przesadzasz! Mama jest starsza, chora…
– A ja jestem młoda i zdrowa? Myślisz, że nie mam prawa być zmęczona?
Kłóciliśmy się całą noc. W końcu powiedziałam:
– Jeśli nic się nie zmieni… odejdę.
Paweł był w szoku. Myślał chyba, że żartuję. Ale ja byłam poważna jak nigdy wcześniej.
Przez kolejne tygodnie próbowałam rozmawiać z teściową. Prosiłam ją o więcej samodzielności, o szacunek dla mojej pracy i czasu wolnego.
Odpowiadała tylko:
– Przesadzasz, Marto! Zawsze byłaś taka miła… Co ci się stało?
W końcu postawiłam sprawę jasno:
– Pani Halino, jeśli nie zacznie pani szanować moich granic… wyprowadzam się.
Nie wierzyła mi. Paweł też nie wierzył.
Ale pewnego dnia spakowałam walizkę i pojechałam do mamy do Tarnowa.
Przez pierwszy tydzień płakałam codziennie. Czułam się winna wobec Pawła i jego matki. Ale potem zaczęło mi być lżej. Zaczęłam spotykać się ze starymi przyjaciółkami ze szkoły średniej. Zaczęłam chodzić na jogę i czytać książki dla przyjemności – nie tylko poradniki o relacjach rodzinnych!
Po miesiącu Paweł zadzwonił:
– Marta… wrócisz?
– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Czy coś się zmieniło?
Milczał długo.
– Mama pojechała do siostry do Bochni… Jest mi ciężko samemu…
– Mnie też było ciężko przez pięć lat – powiedziałam cicho.
Nie wróciłam od razu. Potrzebowałam czasu dla siebie. Po raz pierwszy w życiu postawiłam siebie na pierwszym miejscu.
Dziś minął rok od tamtej decyzji. Mieszkam sama w małym mieszkaniu na obrzeżach Tarnowa. Pracuję w szkole i znów lubię swoją pracę. Z Pawłem rozmawiamy czasem przez telefon – jest mu przykro, ale chyba dopiero teraz rozumie, ile znaczy wsparcie drugiej osoby.
A pani Halina? Czasem dzwoni z prośbą o przepis na pierogi albo pyta o zdrowie. Już nie narzeka tak często – może dlatego, że teraz musi radzić sobie sama?
Często myślę o tym wszystkim i pytam siebie: czy naprawdę warto być zawsze tą osobą „do pomocy”? Czy dobroć bez granic to jeszcze dobroć… czy już tylko naiwność?
A wy? Czy też byliście kiedyś wykorzystywani przez bliskich? Jak nauczyliście się stawiać granice?