„Nic nie robisz cały dzień”: Opowieść o macierzyństwie, niezrozumieniu i samotności
— Magda, powiedz mi szczerze: co ty właściwie robisz cały dzień? — głos Pawła odbił się echem w naszej kuchni, kiedy wrócił z pracy, rzucając torbę na krzesło. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, próbując domyć butelkę po mleku. Nasza córeczka, Zosia, spała w salonie, ale wiedziałam, że zaraz się obudzi. W tej jednej chwili poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.
— Co mam robić? — powtórzyłam cicho, czując, jak łzy napływają mi do oczu. — Opiekuję się Zosią. Karmię ją, przewijam, usypiam… — Ale ona tylko śpi i je! — przerwał mi Paweł z irytacją. — Ty nawet nie masz czasu ugotować obiadu? Przecież jesteś cały dzień w domu!
Zamarłam. Chciałam mu wykrzyczeć, że nie spałam od trzech nocy dłużej niż dwie godziny z rzędu, że moje ciało boli po porodzie, że boję się każdego płaczu Zosi, bo nie wiem, czy robię wszystko dobrze. Ale nie powiedziałam nic. Wzięłam głęboki oddech i wróciłam do mycia butelki. Paweł westchnął ciężko i poszedł do salonu, nawet nie patrząc na mnie.
Wieczorem siedziałam na kanapie z Zosią przy piersi. Patrzyłam na jej maleńką twarz i czułam się tak bardzo samotna. Wszyscy mówili mi przed porodem: „Zobaczysz, to najpiękniejszy czas w życiu kobiety”. Ale nikt nie powiedział mi, jak bardzo będę się bała. Jak bardzo będę zmęczona. Jak bardzo będę pragnęła choćby pięciu minut ciszy i spokoju.
Kiedy Paweł wrócił do pokoju, spojrzał na mnie z wyrzutem. — Magda, ja naprawdę nie rozumiem. Moja mama miała troje dzieci i zawsze wszystko ogarniała. Ty masz jedno i już nie dajesz rady? — Jego słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Próbowałam mu tłumaczyć: — Paweł, ja się uczę. To wszystko jest nowe. Zosia płacze bez powodu, czasem godzinami. Nie wiem, czy boli ją brzuszek, czy jest głodna… — Ale przecież masz internet! Możesz poczytać! — przerwał mi zniecierpliwiony.
Wtedy coś we mnie pękło. — Może chcesz się zamienić? — zapytałam cicho. — Może jutro ty zostaniesz z Zosią przez cały dzień? Zobaczysz, jak to wygląda.
Paweł spojrzał na mnie zdziwiony, ale nic nie odpowiedział. Następnego dnia rano wyszedł do pracy jak zwykle. A ja zostałam sama z moimi myślami i strachem.
Każdy dzień wyglądał podobnie: karmienie, przewijanie, usypianie, pranie, sprzątanie… Czasem nawet nie miałam kiedy zjeść śniadania. Kiedy Zosia zasypiała na chwilę dłużej, siadałam na podłodze w łazience i płakałam w ciszy. Bałam się powiedzieć komukolwiek o tym, jak bardzo jest mi ciężko. Mama mówiła przez telefon: „Dasz radę, ja też byłam sama”. Koleżanki wrzucały na Instagram zdjęcia uśmiechniętych dzieci i kawy z pianką. A ja czułam się coraz bardziej niewidzialna.
Wieczorami Paweł coraz częściej wychodził do znajomych albo zamykał się w swoim gabinecie przed komputerem. Czułam narastającą przepaść między nami. Próbowałam z nim rozmawiać: — Paweł, ja naprawdę potrzebuję twojego wsparcia… — Magda, ja pracuję po dziesięć godzin dziennie! Też jestem zmęczony! — odpowiadał zirytowany.
Pewnej nocy Zosia dostała gorączki. Byłam przerażona. Trzymałam ją na rękach i płakałam razem z nią. Zadzwoniłam do Pawła: — Proszę cię, wróć szybciej do domu! Nie wiem, co robić! — Usłyszałam tylko: — Magda, przesadzasz. Daj jej paracetamol dla niemowląt i poczekaj do rana.
Tamtej nocy nie spałam ani minuty. Rano zadzwoniłam do przychodni i umówiłam nas do lekarza. Okazało się, że to tylko infekcja wirusowa, ale strach i bezsilność zostawiły we mnie ślad.
Po powrocie do domu Paweł zapytał: — I co? Było warto panikować? — Wtedy wybuchłam: — Nie rozumiesz mnie! Nie widzisz tego wszystkiego! Ja tu wariuję ze zmęczenia i samotności!
Po tej kłótni przez kilka dni prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Czułam się jak cień samej siebie. Zaczęłam myśleć o powrocie do pracy tylko po to, żeby wyrwać się z tej pułapki czterech ścian.
Pewnego dnia odwiedziła mnie sąsiadka, pani Teresa. Usiadła ze mną przy herbacie i powiedziała: — Magda, ja też przez to przechodziłam. Mój mąż myślał, że siedzę w domu i odpoczywam… Dopiero jak został sam z dzieckiem na weekendzie, zrozumiał.
Te słowa dały mi odrobinę nadziei. Postanowiłam poprosić Pawła jeszcze raz: — Proszę cię, zostań z Zosią choćby przez jeden dzień sam. Ja wyjdę na kilka godzin do miasta… Potrzebuję tego.
Niechętnie się zgodził. Kiedy wróciłam po kilku godzinach, zobaczyłam go siedzącego na podłodze z wyczerpania, a Zosia płakała w jego ramionach.
— Jak ty to robisz codziennie? — zapytał cicho.
Wtedy po raz pierwszy od miesięcy poczułam ulgę. Może w końcu zacznie mnie rozumieć?
Dziś wiem jedno: macierzyństwo to nie tylko radość i uśmiechy dziecka na Instagramie. To samotność, zmęczenie i walka o siebie każdego dnia. Czy naprawdę musimy cierpieć w ciszy? Czy partnerzy kiedykolwiek nauczą się patrzeć naszymi oczami?