Nie żałuję, bo kochałam naprawdę – historia Magdy z Nowej Huty

Wszystko zaczęło się w ten jeden, przeklęty wieczór. Siedziałam na zimnych kafelkach w kuchni naszego mieszkania na osiedlu Szkolnym w Nowej Hucie, trzymając w dłoniach kubek z herbatą, która już dawno wystygła. Za ścianą mama i tata kłócili się o coś, co – jak zwykle – dotyczyło pieniędzy i mojego brata. Ja miałam wtedy dziewiętnaście lat i byłam przekonana, że świat należy do mnie. Że jeśli kocham, to nic złego nie może się wydarzyć. Ale tego wieczoru wszystko się zmieniło.

– Magda, odbierz! – wrzasnęła mama z przedpokoju. – Twój telefon dzwoni już trzeci raz!

Zerwałam się z podłogi i spojrzałam na wyświetlacz. „Kuba”. Uśmiechnęłam się mimowolnie – wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten uśmiech będzie ostatnim tego dnia.

– Cześć, skarbie – odezwałam się cicho.

Po drugiej stronie usłyszałam tylko szum i czyjś śmiech. Potem głos Kuby:

– Magda, możesz przyjechać do mnie? Musimy pogadać.

– Teraz? Jest już po dwudziestej drugiej…

– Proszę. To ważne.

Coś w jego głosie sprawiło, że serce zabiło mi szybciej. Wciągnęłam kurtkę, wsunęłam buty i wybiegłam z mieszkania, nie zważając na protesty mamy:

– Gdzie ty idziesz?! Wiesz, która godzina?!

– Do Kuby! – rzuciłam przez ramię i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

Biegłam przez osiedle, mijając grupki chłopaków pod sklepem nocnym i starsze panie wyprowadzające psy. W głowie miałam tylko jedno: Kuba potrzebuje mnie. On nigdy nie prosił o pomoc.

Kiedy dotarłam pod jego blok, zobaczyłam światła w oknie na trzecim piętrze. Drzwi do klatki były otwarte. Weszłam po schodach, czując jak drżą mi nogi. Zanim zapukałam, usłyszałam śmiech – znajomy, ale nie należał do Kuby.

Otworzył mi sam Kuba. Był blady, oczy miał zaczerwienione.

– Magda…

Za jego plecami zobaczyłam Olę – moją najlepszą przyjaciółkę od podstawówki. Siedziała na kanapie w jego bluzie, z kubkiem w dłoniach. Ich spojrzenia mówiły wszystko.

– Co tu się dzieje? – zapytałam cicho.

Ola spuściła wzrok. Kuba podszedł do mnie i próbował złapać za rękę.

– Magda… Przepraszam. To się stało… Nie chciałem…

– Nie chciałeś?! – krzyknęłam tak głośno, że echo odbiło się od ścian klatki schodowej. – To przypadek?!

Ola zaczęła płakać. Ja stałam jak sparaliżowana.

– Magda, to nie tak… – szlochała Ola. – To był jeden raz…

– Jeden raz?! – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Jeden raz wystarczy, żeby wszystko zniszczyć!

Wybiegłam z mieszkania, nie oglądając się za siebie. Na schodach potknęłam się i rozbiłam kolano, ale ból fizyczny był niczym w porównaniu z tym, co czułam w środku.

Przez kolejne dni nie wychodziłam z pokoju. Mama pukała do drzwi:

– Magda, musisz coś zjeść…

– Zostaw mnie! – wrzeszczałam przez łzy.

Tata próbował rozmawiać:

– Córeczko, życie to nie bajka. Ludzie zawodzą…

Ale ja nie chciałam słuchać żadnych mądrości. Chciałam tylko cofnąć czas.

Po tygodniu Ola przyszła pod moje okno. Stała na mrozie z bukietem tulipanów.

– Magda! Proszę cię! Wiem, że zawiodłam! Ale nie mogę żyć bez twojej przyjaźni!

Nie otworzyłam jej wtedy. Nie mogłam patrzeć na nią bez poczucia zdrady.

Kuba pisał SMS-y:

„Przepraszam. Kocham cię.” „To był błąd.” „Nie wiem, co we mnie wstąpiło.” „Daj mi szansę.”

Nie odpisywałam.

W szkole wszyscy patrzyli na mnie jak na ofiarę taniej telenoweli. Szeptali za plecami:

– Słyszałaś? Ola przespała się z chłopakiem Magdy…

Czułam się jakby ktoś wywiesił na mnie tabliczkę: „Zdradzona”.

Najgorsze było to, że nawet w domu nie miałam spokoju. Mama powtarzała:

– Wiedziałam, że ten Kuba to nie jest chłopak dla ciebie! Zawsze miałam złe przeczucia!

Tata dorzucał swoje:

– Lepiej teraz niż po ślubie…

A brat? On tylko wzruszał ramionami:

– Po co się tak przejmujesz? Każdy facet taki jest.

Czułam się coraz bardziej samotna.

Pewnego dnia nie wytrzymałam i wybuchłam przy obiedzie:

– Czy wy wszyscy możecie przestać mówić mi, co powinnam czuć?! To moje życie! Moje serce!

Mama spojrzała na mnie z wyrzutem:

– My chcemy ci tylko pomóc…

Ale ja już wiedziałam, że muszę poradzić sobie sama.

Zaczęły się bezsenne noce i długie spacery po Nowej Hucie – po alejkach Plant Bieńczyckich i wokół Zalewu Nowohuckiego. Tam płakałam najwięcej. Tam też spotkałam Michała.

Był starszy ode mnie o trzy lata, studiował architekturę na Politechnice Krakowskiej. Poznał mnie przypadkiem – dosłownie wpadliśmy na siebie przy kiosku Ruchu.

– Uważaj! – krzyknął, gdy rozsypały mi się drobniaki po chodniku.

Pomógł mi je pozbierać i zaproponował kawę w pobliskiej kawiarni „Nowohucka Perła”.

Na początku byłam zamknięta w sobie. Michał był cierpliwy. Słuchał moich opowieści o zdradzie Kuby i Oli bez oceniania.

– Wiesz… – powiedział kiedyś cicho – czasem trzeba przeżyć coś strasznego, żeby potem docenić to dobre.

Zaczęliśmy spotykać się coraz częściej. Michał był zupełnie inny niż Kuba – spokojny, opanowany, czuły. Nie naciskał.

Po kilku miesiącach odważyłam się wrócić do normalności. Zdałam maturę lepiej niż się spodziewałam i dostałam się na psychologię na Uniwersytet Jagielloński.

Ola próbowała jeszcze kilka razy odzyskać moją przyjaźń. Pisała listy, zostawiała wiadomości u mojej mamy:

– Magda… Ona naprawdę żałuje…

Ale ja już nie potrafiłam jej zaufać.

Z Kubą zerwałam kontakt całkowicie. Podobno wyjechał do pracy do Niemiec i tam znalazł nową dziewczynę.

Michał został moim wsparciem przez kolejne lata studiów. To on był przy mnie, gdy mama zachorowała na raka piersi i musiałam pogodzić naukę z opieką nad domem i młodszym bratem. To on trzymał mnie za rękę podczas operacji mamy i to on płakał razem ze mną ze szczęścia, gdy lekarze powiedzieli: „Jest czysto”.

Dziś mam trzydzieści dwa lata. Jestem psycholożką dziecięcą w jednej z nowohuckich poradni. Z Michałem mamy dwójkę dzieci: Zosię i Antka. Mama żyje i cieszy się wnukami. Tata dalej narzeka na politykę przy każdym obiedzie rodzinnym. Brat wyjechał do Warszawy i rzadko dzwoni.

A ja? Czasem mijam Olę na ulicy – już nie boli tak bardzo jak kiedyś. Czasem myślę o Kubie i zastanawiam się, czy byłabym dziś szczęśliwa u jego boku… Ale wiem jedno: nie żałuję tego bólu sprzed lat.

Bo jeśli nie boli po stracie kogoś bliskiego – to znaczy, że nigdy naprawdę nie kochaliśmy.

Czy warto żałować miłości, która nas zraniła? A może właśnie dzięki niej jesteśmy dziś silniejsi? Co o tym myślicie?