Oddałam wszystko dla córki, a ona wyrzuciła mnie z własnego domu – historia, która mogła spotkać każdą z nas
Zaczęło się od krzyku i trzasku drzwi. Stałam na klatce schodowej, w ręku ściskałam torbę z kilkoma rzeczami, a serce waliło mi jak oszalałe. „Nie wracaj tu więcej!” – usłyszałam głos mojej córki, Julii, zza zamkniętych drzwi. Przez chwilę miałam wrażenie, że to jakiś koszmar, z którego zaraz się obudzę. Ale mróz szczypał w policzki, a sąsiadka z naprzeciwka patrzyła na mnie z litością i ciekawością. Tak wyglądał koniec mojego świata.
Mam na imię Grażyna. Przez całe życie byłam zwyczajną kobietą z małego miasta pod Lublinem. Pracowałam w szkole jako woźna, mąż – Marian – był kierowcą autobusu. Nie mieliśmy wiele, ale zawsze staraliśmy się, by naszej jedynej córce niczego nie brakowało. Julia była naszym oczkiem w głowie. Kiedy Marian zginął w wypadku na trasie do Warszawy, zostałyśmy same. Miałam wtedy 48 lat i poczucie, że muszę być silna za nas obie.
Julia była ambitna, chciała studiować w Lublinie. Sprzedałam wtedy działkę po rodzicach, żeby opłacić jej akademik i kupić laptopa. „Mamo, kiedyś ci się odwdzięczę” – mówiła, przytulając się do mnie przed wyjazdem na studia. Wierzyłam jej bezgranicznie.
Po studiach Julia poznała Pawła – chłopaka z dobrze sytuowanej rodziny. Jego matka, pani Elżbieta, od początku patrzyła na mnie z góry. „Grażynko, wy to macie takie proste życie…” – mawiała na rodzinnych spotkaniach, a ja zaciskałam zęby i udawałam, że nie słyszę pogardy w jej głosie.
Kiedy Julia i Paweł postanowili się pobrać, nie mieli pieniędzy na mieszkanie. „Mamo, może sprzedamy nasze mieszkanie i kupimy coś większego dla nas wszystkich? Będziemy razem, będzie ci raźniej” – przekonywała mnie Julia. Wahałam się długo, ale ona płakała i mówiła: „Mamo, przecież zawsze byłaś dla mnie wszystkim”. Uwierzyłam. Sprzedałyśmy moje dwupokojowe mieszkanie na osiedlu Słonecznym i dołożyłam wszystkie pieniądze do zakupu nowego lokum – dużego mieszkania w nowym bloku na obrzeżach miasta. Akt notarialny był na Julię i Pawła. „Tak będzie prościej przy kredycie” – tłumaczyli.
Na początku było dobrze. Gotowałam obiady, opiekowałam się wnuczką Hanią, sprzątałam całe mieszkanie. Paweł coraz częściej wracał późno z pracy i rzucał kąśliwe uwagi: „Może byś się w końcu wyprowadziła do jakiegoś domu spokojnej starości?” Julia milczała albo mówiła: „Paweł, przestań! Mama nam pomaga!” Ale widziałam w jej oczach zmęczenie i irytację.
Pewnego dnia wróciłam ze sklepu i usłyszałam ich rozmowę przez uchylone drzwi sypialni:
– Ona tu siedzi całymi dniami! Ja chcę mieć dom dla siebie! – warczał Paweł.
– Ale co mam zrobić? Przecież to moja mama… – szeptała Julia.
– To ją wyproś! Albo ja odejdę!
Serce mi stanęło. Wieczorem Julia przyszła do kuchni.
– Mamo… musimy porozmawiać.
– Słyszałam wszystko – powiedziałam cicho.
– To nie tak… Po prostu… Paweł jest zmęczony. Może powinnaś na jakiś czas pojechać do cioci Zosi na wieś?
– Nie mam już nikogo poza tobą – wyszeptałam.
– Mamo, proszę… Ja nie chcę kłótni w domu.
Spakowałam się tej nocy. Rano Paweł nawet nie spojrzał mi w oczy. Julia płakała, ale nie zatrzymała mnie.
U cioci Zosi było biednie i ciasno. Spałam na wersalce w kuchni, pomagałam przy gospodarstwie. Czułam się jak intruz. Dzwoniłam do Julii codziennie – raz odebrała Hania: „Babciu, kiedy wrócisz?” Zalałam się łzami.
Po kilku miesiącach dowiedziałam się od sąsiadki, że Julia sprzedała mieszkanie i kupiła dom pod miastem. Nawet mnie nie poinformowała. Zadzwoniłam do niej:
– Julio, co się dzieje?
– Mamo… tak wyszło. Potrzebowaliśmy większego domu dla Hani…
– A ja? Gdzie ja mam teraz mieszkać?
– Mamo… nie wiem… Może znajdziesz coś dla siebie? Przecież jesteś jeszcze młoda…
Czułam się jak śmieć wyrzucony na ulicę. Próbowałam walczyć o swoje prawa – poszłam do prawnika.
– Pani Grażyno, niestety… Wszystko jest przepisane na córkę i zięcia. Nie ma pani żadnych praw do tego majątku.
Zaczęły się miesiące upokorzenia: szukanie pracy jako sprzątaczka, wynajmowanie pokoju u obcych ludzi za ostatnie pieniądze. Czasem chodziłam pod dom Julii tylko po to, by zobaczyć przez płot wnuczkę bawiącą się w ogrodzie.
Pewnego dnia spotkałam Julię przypadkiem w sklepie.
– Mamo… wyglądasz strasznie… – powiedziała cicho.
– Tak wygląda człowiek zdradzony przez własne dziecko – odpowiedziałam jej zimno.
– Przepraszam… Nie wiedziałam, że tak to się potoczy…
– Naprawdę nie wiedziałaś?
Odwróciła wzrok i uciekła między półki.
Minęły dwa lata. Zaczęłam powoli układać sobie życie od nowa. Wynajęłam kawalerkę w starej kamienicy, znalazłam pracę jako pomoc kuchenna w barze mlecznym. Czasem ktoś z dawnych znajomych pytał: „A co u Julii?” Udawałam, że wszystko jest dobrze.
W Wigilię dostałam SMS-a: „Mamo, czy mogę przyjechać?” Odpisałam: „Przyjedź”.
Julia przyszła sama, bez Pawła i Hani. Była blada i zapuchnięta od płaczu.
– Paweł mnie zostawił… Zabrał dom… Zostałam z niczym…
– Teraz rozumiesz? – zapytałam gorzko.
– Tak… Mamo… przepraszam…
Przytuliłyśmy się obie i płakałyśmy długo. Wtedy zrozumiałam jedno: matka zawsze wybaczy dziecku, choćby ją zraniło najgłębiej.
Dziś żyjemy razem w tej małej kawalerce. Nie jest łatwo – czasem brakuje nam na rachunki, czasem kłócimy się o drobiazgi. Ale jesteśmy razem. Hania odwiedza nas co drugi weekend.
Często patrzę przez okno na ludzi spieszących do swoich rodzin i pytam siebie: czy naprawdę warto poświęcać wszystko dla dzieci? Czy wdzięczność to tylko piękne słowo bez pokrycia? Może Wy znacie odpowiedź?