Po prostu pragnęłam szczęścia – historia Zofii z blokowiska
Zimny pot spływał mi po plecach, kiedy usłyszałam trzask drzwi na klatce schodowej. Była trzecia nad ranem, a ja leżałam na rozgrzanej kanapie w swoim dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Bródnie, wsłuchując się w odgłosy miasta. „To znowu on?” – pomyślałam, ściskając w dłoni telefon. Każda noc była walką z bezsennością i lękiem, że życie, które sobie wymarzyłam, już nigdy nie wróci.
Mam na imię Zofia. Mam 52 lata i przez większość życia po prostu pragnęłam szczęścia. Może to banał, ale dla mnie szczęście miało twarz rodziny: męża, dzieci, wspólnych śniadań przy kuchennym stole. Tymczasem od kilku lat jestem sama. Mąż odszedł do młodszej, córka wyjechała do Wrocławia i dzwoni tylko wtedy, gdy czegoś potrzebuje. A ja? Ja zostałam z psem, kredytem i wspomnieniami.
Ale zacznijmy od początku. Wszystko zaczęło się w 1992 roku, kiedy poznałam Pawła na studiach pedagogicznych. Był inny niż wszyscy – cichy, zamyślony, zaczytany w Miłoszu. Zakochałam się bez pamięci. Moja mama, pani Maria, była przeciwna temu związkowi od pierwszego dnia.
– Zosiu, on nie jest dla ciebie. Za mało zaradny! – powtarzała mi przy każdej okazji.
– Mamo, ale ja go kocham! – krzyczałam przez łzy.
– Miłość miłością, ale życie to nie bajka. Zobaczysz, jeszcze będziesz płakać przez niego.
Nie słuchałam. Wyszłam za Pawła tuż po studiach. Ślub był skromny – wynajęta sala w remizie pod Wołominem, bigos i schabowy na stole, tańce do białego rana. Byłam wtedy taka szczęśliwa! Wierzyłam, że razem pokonamy wszystko.
Pierwsze lata były trudne. Paweł nie mógł znaleźć pracy w zawodzie, imał się różnych zajęć: był magazynierem w Biedronce, potem kierowcą autobusu miejskiego. Ja zaczęłam pracować jako nauczycielka w podstawówce na Targówku. Pieniędzy wiecznie brakowało, ale mieliśmy siebie.
Kiedy urodziła się nasza córka Ola, myślałam, że to początek nowego rozdziału. Mama przyjechała pomagać przy dziecku i… zaczęła rządzić w moim domu.
– Zosiu, nie tak się przewija dziecko! – wyrywała mi Olę z rąk.
– Mamo, daj mi spróbować po swojemu!
– Po swojemu? Ty nic nie umiesz! Paweł też tylko siedzi i czyta gazety!
Paweł coraz częściej wychodził z domu wieczorami – tłumaczył się zmęczeniem i „potrzebą pobycia samemu”. Ja zostawałam sama z dzieckiem i pretensjami mamy.
Z czasem zaczęły się kłótnie o wszystko: o pieniądze, o wychowanie Oli, o to, że Paweł nie pomaga w domu. Mama podsycała konflikty:
– Widzisz? Mówiłam ci! On nigdy nie będzie prawdziwym mężczyzną!
A ja coraz częściej płakałam po nocach. Próbowałam ratować nasze małżeństwo – zapisałam nas na terapię par w poradni rodzinnej na Pradze.
– Po co nam to? – burknął Paweł. – To wszystko twoja matka nam miesza w głowie.
– Nie chodzi o mamę! Chodzi o nas! – błagałam.
Ale on już był daleko ode mnie. Zaczęły się podejrzenia o zdradę. Pewnego dnia znalazłam SMS-y od jakiejś „Kasi”.
– To tylko koleżanka z pracy! – tłumaczył się nerwowo.
– Koleżanka? O drugiej w nocy?
Wybaczyłam mu wtedy. Chciałam wierzyć, że to tylko chwilowe zauroczenie. Ale potem przyszły kolejne kłamstwa: późne powroty do domu, zapach damskich perfum na jego kurtce.
W końcu przyszedł dzień, którego nigdy nie zapomnę. Była sobota rano. Siedziałam w kuchni z kubkiem zimnej kawy, kiedy Paweł wszedł do mieszkania z walizką.
– Zosiu… muszę ci coś powiedzieć.
Spojrzałam na niego i już wiedziałam.
– Odchodzę. Zakochałem się w kimś innym. Przepraszam.
Nie płakałam wtedy. Byłam jak sparaliżowana. Ola spała jeszcze w swoim pokoju. Paweł spakował kilka rzeczy i wyszedł bez słowa pożegnania z córką.
Mama przyjechała tego samego dnia.
– A nie mówiłam? Teraz zobaczysz, jak to jest być samotną matką!
Przez kilka miesięcy żyłam jak automat: praca-dom-przedszkole-praca. Ola pytała:
– Mamo, kiedy tata wróci?
– Nie wiem, kochanie… – odpowiadałam ze ściśniętym gardłem.
Najgorsze były święta. Wigilia u mamy zamieniła się w festiwal pretensji i żalu:
– Gdybyś mnie słuchała… Gdybyś nie była taka uparta…
W końcu wybuchłam:
– Mamo! Przestań! To moje życie! Moje błędy!
Mama obraziła się na kilka tygodni. Ola płakała po nocach. Ja zaczęłam mieć ataki paniki – serce waliło mi jak młotem, dłonie drżały tak bardzo, że nie mogłam utrzymać szklanki z herbatą.
Wtedy pojawiła się moja przyjaciółka Anka.
– Zosia, musisz coś zmienić! Wyjedź gdzieś na weekend! Zrób coś dla siebie!
Pojechałyśmy razem do Kazimierza Dolnego na dwa dni. Spacerowałyśmy po rynku, piłyśmy grzane wino pod parasolem i śmiałyśmy się jak nastolatki.
– Wiesz co? – powiedziała Anka pewnego wieczoru – Ty jeszcze będziesz szczęśliwa. Tylko musisz przestać żyć przeszłością.
Łatwo powiedzieć… Ale wróciłam do Warszawy z nową energią. Zapisałam się na kurs florystyki – zawsze marzyłam o pracy z kwiatami. Poznałam nowych ludzi, zaczęłam wychodzić z domu częściej niż tylko do pracy i sklepu.
Ola dorastała szybko. W liceum zakochała się po uszy w chłopaku z klasy maturalnej i… zaszła w ciążę tuż przed maturą.
– Mamo… boję się ci powiedzieć…
– Olu… jestem z tobą. Damy radę!
Mama oczywiście miała swoje zdanie:
– Widzisz? To przez twoje wychowanie! Dziecko rodzi dziecko!
Ale tym razem nie pozwoliłam jej wejść sobie na głowę.
– Mamo! To nie twoje życie! Jeśli chcesz być częścią naszej rodziny – wspieraj nas albo odejdź!
Ola urodziła zdrowego synka – Antosia. Pomagałam jej jak mogłam: nocne karmienia, przewijanie, spacery po parku Bródnowskim. Było ciężko finansowo – jej chłopak uciekł do Anglii zaraz po narodzinach dziecka i przysyłał tylko symboliczne alimenty.
Wtedy po raz pierwszy poczułam dumę z siebie: daję radę sama! Bez Pawła, bez mamy dyktującej warunki.
Minęły lata. Ola skończyła studia zaoczne i wyprowadziła się do Wrocławia za pracą. Antoś został ze mną przez rok – pokochałam go jak własnego syna. Potem zabrała go do siebie.
A ja? Zostałam sama w mieszkaniu pełnym wspomnień: zdjęcia Pawła schowane głęboko w szufladzie, dziecięce rysunki Oli na lodówce… Czasem wieczorami siadam przy oknie z herbatą i patrzę na światła miasta.
Czasem dzwoni Ola:
– Mamo… przepraszam, że tak rzadko dzwonię…
– Kochanie, najważniejsze że jesteś szczęśliwa.
A czasem dzwoni mama:
– Zosiu… może byś przyjechała na niedzielny rosół?
I jadę – bo mimo wszystko to moja rodzina.
Czasem spotykam Pawła na bazarku pod blokiem – jest siwy, zmęczony życiem. Podobno ta jego „Kasia” też go zostawiła.
Patrzymy sobie w oczy przez chwilę i każde idzie swoją drogą bez słowa.
Dziś wiem jedno: szczęście nie jest dane raz na zawsze. Trzeba je budować codziennie – nawet jeśli czasem wszystko wali się na głowę.
Czy żałuję swoich wyborów? Może trochę… Ale czy ktoś naprawdę potrafi przewidzieć przyszłość?
A wy? Czy też czasem czujecie się samotni mimo ludzi wokół? Czy warto walczyć o swoje szczęście za wszelką cenę?