Podział, którego nie chciałem – historia o rodzinie, zdradzie i cenie za drugą szansę
Wpadł do mieszkania jak burza, nie pukając, nie witając się nawet z mamą. Zanim zdążyłem podnieść się z kanapy, już krzyczał: – Podziału nie będzie? To się jeszcze okaże! – Jego głos odbijał się echem od ścian naszego starego mieszkania na warszawskim Bródnie. Miałem wtedy trzydzieści sześć lat i pierwszy raz w życiu poczułem się jak intruz we własnym domu.
Nazywam się Bartosz Nowak. Jestem najstarszym synem w rodzinie, która przez lata trzymała się razem na przekór wszystkim przeciwnościom. Ojciec zmarł nagle na zawał – bez testamentu, bez rozmów o przyszłości. Została mama, ja i mój młodszy brat, Kamil. Przez całe życie byłem tym odpowiedzialnym: to ja pomagałem rodzicom, to ja zostawałem w domu, gdy Kamil wyjechał do Anglii „za lepszym jutrem”.
Po pogrzebie wszystko zaczęło się sypać. Kamil wrócił na chwilę – niby żeby pomóc, ale od początku czułem, że coś jest nie tak. Unikał mnie wzrokiem, rozmawiał tylko z mamą. Pewnego wieczoru usłyszałem ich rozmowę przez uchylone drzwi kuchni:
– Mamo, przecież Bartosz nie może tu mieszkać za darmo. Tata by tego nie chciał.
– Kamilu, on tu był zawsze. Pomagał nam, płacił rachunki…
– Ale ja też mam prawo do połowy! Chcę swoją część. Sprzedajmy mieszkanie i podzielmy się.
Serce mi zamarło. Przez gardło nie mogłem przełknąć śliny. To był mój dom – miejsce, gdzie opiekowałem się ojcem w chorobie, gdzie mama płakała mi w ramię po jego śmierci. A teraz miałem to wszystko stracić?
Następnego dnia Kamil przyszedł z gotowym planem:
– Albo sprzedajemy mieszkanie i dzielimy kasę po połowie, albo idę do sądu.
Patrzyłem na niego jak na obcego człowieka.
– Naprawdę chcesz wyrzucić nas z domu?
– To nie tak… Po prostu mam swoje życie. Potrzebuję pieniędzy na mieszkanie w Londynie.
Mama zaczęła płakać. Ja czułem tylko pustkę i narastającą wściekłość.
Przez kolejne tygodnie atmosfera była nie do zniesienia. Mama przestała jeść, zamknęła się w sobie. Ja chodziłem do pracy jak automat – wracałem do pustego mieszkania i słuchałem ciszy przerywanej tylko dźwiękiem powiadomień z telefonu Kamila.
W końcu przyszło wezwanie z sądu. Kamil pozwał nas o podział majątku. Mama załamała się zupełnie. Przestała wychodzić z domu, przestała rozmawiać nawet ze mną. Czułem się jak wróg numer jeden.
Pewnego wieczoru usiadłem przy jej łóżku:
– Mamo… Przepraszam, że musisz przez to przechodzić.
Odpowiedziała szeptem:
– To nie twoja wina, Bartoszku… Ale nie poznaję już własnych dzieci.
Proces ciągnął się miesiącami. Kamil przyjeżdżał tylko na rozprawy – zawsze elegancki, pewny siebie, z prawnikiem u boku. Ja siedziałem po drugiej stronie sali sądowej jak oskarżony. Wszyscy sąsiedzi zaczęli szeptać za plecami: „To ten Nowaków syn, co brata do sądu podał”.
W pracy też zaczęły się problemy. Szef wezwał mnie na rozmowę:
– Bartosz, wszystko w porządku? Ostatnio jesteś nieobecny…
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Jak powiedzieć komuś obcemu, że własny brat chce ci zabrać dach nad głową?
W końcu zapadł wyrok: mieszkanie miało zostać sprzedane, pieniądze podzielone po równo. Mama musiała się wyprowadzić do siostry na wieś pod Radomiem. Ja wynająłem kawalerkę na obrzeżach miasta – ciasną, zimną, bez wspomnień.
Kamil wrócił do Anglii bogatszy o kilkaset tysięcy złotych. Nie zadzwonił ani razu.
Zostałem sam – bez rodziny, bez domu, bez poczucia sensu. Przez długie miesiące nie mogłem spać. W głowie miałem tylko jedno pytanie: gdzie popełniłem błąd? Czy byłem złym bratem? Czy powinienem był walczyć inaczej?
Pewnego dnia spotkałem mamę na przystanku autobusowym. Była wychudzona, postarzała o dziesięć lat.
– Mamo…
– Bartoszku…
Objęliśmy się i płakaliśmy jak dzieci.
Od tamtej pory widujemy się częściej. Powoli odbudowujemy to, co zostało zniszczone przez chciwość i żal. Ale rana po tej zdradzie nigdy się nie zagoi.
Czasem patrzę w lustro i pytam siebie: czy rodzina naprawdę jest ważniejsza od pieniędzy? Czy można wybaczyć komuś, kto odebrał ci wszystko?
A wy… co byście zrobili na moim miejscu?