Wyjedź, ale pamiętaj o mnie… Historia Marty i jej rodziny

– Wyjedź, ale pamiętaj o mnie… – powiedziałam przez łzy, kiedy Paweł pakował walizkę w naszym ciasnym mieszkaniu na Pradze. Dzieci spały w pokoju obok, a ja czułam, jak świat wali mi się na głowę. Nie wiedziałam jeszcze, że to będzie początek końca wszystkiego, co znałam.

Paweł nie patrzył mi w oczy. – Marta, muszę. Tu nie ma pracy, a długi rosną. Norwegia to szansa. Tylko na kilka miesięcy, obiecuję.

– A jeśli nie wrócisz? – zapytałam cicho.

– Przestań. Przecież wiesz, że wrócę. Dla was.

Nie wierzyłam mu. Może dlatego, że już od dawna czułam się przezroczysta. Dzieci, praca w sklepie spożywczym na dwie zmiany, wieczne pretensje teściowej, która mieszkała z nami od śmierci swojego męża. Paweł coraz częściej znikał z kolegami na piwo, coraz rzadziej mnie przytulał. Ale nie miałam wyboru – musiałam być silna dla dzieci.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, usiadłam na podłodze i płakałam. Moja córka Zosia przyszła do mnie w piżamie i przytuliła się mocno.

– Mamusiu, nie płacz. Tata wróci, prawda?

– Tak, kochanie. Tata wróci – skłamałam.

***

Pierwsze tygodnie były najgorsze. Teściowa, pani Halina, chodziła po domu jak cień i co chwilę powtarzała:

– Widzisz? Mówiłam ci, że z Pawłem będzie ciężko. On zawsze miał głowę w chmurach.

– Mamo Pawła, proszę…

– Nie mów do mnie „mamo”. Nie jestem twoją matką.

Zaciskałam zęby i milczałam. W pracy szefowa patrzyła na mnie z litością:

– Marta, wyglądasz jak cień. Może weźmiesz kilka dni wolnego?

– Nie mogę. Potrzebuję pieniędzy.

Dzieci tęskniły za ojcem. Zosia rysowała laurki z napisem „Tato wróć”, a Kuba zamykał się w sobie i przestał rozmawiać z kolegami w szkole. Wieczorami dzwoniłam do Pawła przez Messenger. Najpierw odbierał zawsze, potem coraz rzadziej.

– Przepraszam, miałem nadgodziny – tłumaczył się.

– Paweł… jesteś tam sam?

– Oczywiście! Marta, nie zaczynaj…

Ale ja czułam, że coś jest nie tak. Pewnej nocy zadzwoniła do mnie jego koleżanka z pracy:

– Marta? Tu Aneta. Chciałam ci powiedzieć… Paweł mieszka z jakąś Norweżką. Widziałam ich razem kilka razy.

Świat zawirował mi przed oczami. Przez kilka dni chodziłam jak otępiała. Nie miałam odwagi zapytać go wprost. W końcu zebrałam się na odwagę.

– Paweł… czy ty masz kogoś?

Cisza po drugiej stronie była wymowniejsza niż tysiąc słów.

– Marta… To nie tak miało być…

Rozłączyłam się i wyłam w poduszkę całą noc.

***

Od tego dnia wszystko się zmieniło. Teściowa zaczęła mnie obwiniać za rozpad małżeństwa:

– Gdybyś była lepszą żoną, Paweł by nie uciekł! Zawsze tylko praca i dzieci!

– A kto miał to wszystko ogarnąć? – krzyknęłam pierwszy raz od lat.

Zosia słyszała naszą kłótnię i zamknęła się w łazience na godzinę. Kuba przestał jeść obiady i zaczął wagarować.

W pracy szefowa wezwała mnie na rozmowę:

– Marta, musisz coś ze sobą zrobić. Klienci skarżą się, że jesteś niemiła.

– Przepraszam… Ja po prostu…

– Rozumiem, ale musisz się ogarnąć.

Nie miałam już siły płakać. Wieczorami siadałam przy oknie i patrzyłam na światła Warszawy. Czułam się jak duch we własnym życiu.

***

Pewnego dnia Paweł zadzwonił po raz pierwszy od tygodni.

– Marta… Chciałem ci powiedzieć… Zostaję tu na stałe. Ona jest w ciąży.

Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Chyba tylko się rozłączyłam i poszłam do dzieci.

Zosia patrzyła na mnie wielkimi oczami.

– Mamusiu… tata już nie wróci?

Nie odpowiedziałam nic. Przytuliłam ją mocno i płakałyśmy razem.

***

Minęły miesiące. Musiałam sprzedać samochód, żeby spłacić część długów Pawła. Teściowa wyprowadziła się do swojej siostry i przestała odbierać moje telefony. W pracy dostałam awans na kierowniczkę zmiany – szefowa doceniła moją determinację.

Dzieci powoli zaczęły wracać do siebie. Zosia zapisała się na zajęcia plastyczne, Kuba zaczął grać w piłkę nożną z kolegami z osiedla.

Czasem wieczorem siadam przy oknie i myślę o tym wszystkim, co się wydarzyło. Czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy powinnam była walczyć o Pawła bardziej? A może to on powinien był walczyć o nas?

Dziś wiem jedno: życie potrafi złamać człowieka w jednej chwili, ale też daje siłę, by się podnieść – nawet jeśli zostajesz sama ze wszystkim.

Czy można wybaczyć komuś, kto odchodzi bez słowa? Czy lepiej nauczyć się żyć bez niego? Co wy byście zrobili na moim miejscu?