Zamiast dziecka z domu dziecka, zabrałam cudzą babcię z domu opieki — i nie żałuję

Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że jestem nienormalna, stałam w kuchni z rękami zanurzonymi w zimnej wodzie, zmywając talerze po kolacji. Moja siostra, Aldona, patrzyła na mnie z niedowierzaniem, a jej głos drżał od emocji:

— Naprawdę chcesz to zrobić? Przyjąć do domu obcą staruszkę? — zapytała, jakby sprawdzała, czy nie żartuję.

— Tak. — Odpowiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko mi się gotowało.

Nie zabrałam dziecka z domu dziecka. Zabrałam cudzą babcię z domu opieki. I nie żałuję.

Może to brzmi dziwnie. Może nawet szokująco. Ale zanim mnie ocenisz, posłuchaj mojej historii.

Jeszcze osiem miesięcy temu byłam zwyczajną kobietą — matką dwóch córek, Anniki i czteroletniej Zosi. Mieszkałyśmy razem z moją mamą, Marią, w trzypokojowym mieszkaniu na warszawskim Bródnie. Było ciasno, ale ciepło. Mama była naszym sercem. To ona piekła drożdżówki na niedzielę, to ona tuliła dziewczynki, kiedy ja wracałam zmęczona po pracy w szkole.

A potem przyszedł ten telefon. Zwykły wtorek, godzina 15:17. „Pani mama miała udar. Proszę przyjechać do szpitala na Banacha.” Wszystko potoczyło się błyskawicznie — szpitalne korytarze, zapach środków dezynfekujących, lekarze mówiący półsłówkami. Mama odeszła po trzech dniach. Zostałyśmy we trzy. I nagle dom stał się pusty jak nigdy wcześniej.

Przez pierwsze tygodnie żyłyśmy jak duchy. Zosia płakała nocami, Annika zamknęła się w sobie. Ja próbowałam być silna, ale wieczorami siadałam na łóżku mamy i płakałam w poduszkę. Nawet kotka Lusia przestała mruczeć.

Wtedy zaczęły się rodzinne narady. Aldona zaproponowała:

— Może powinnaś adoptować dziecko? Zawsze chciałaś mieć dużą rodzinę…

Ale ja nie miałam siły na nowy początek. Nie wtedy, gdy sama czułam się jak sierota.

Któregoś dnia poszłam odwiedzić dom opieki na Targówku, gdzie trafiła pani Helena — mama mojego dawnego sąsiada z klatki obok. Pamiętałam ją jeszcze z dzieciństwa: zawsze częstowała nas domowym kompotem i opowiadała bajki o syrenach z Wisły. Jej syn, Paweł, wyjechał do Anglii i przestał dzwonić. Helena została sama.

Kiedy weszłam do jej pokoju, zobaczyłam ją skuloną na łóżku pod wyblakłym pledem. W oczach miała pustkę i coś jeszcze — cichy krzyk o pomoc.

— Dzień dobry, pani Heleno — powiedziałam cicho.

Podniosła głowę i uśmiechnęła się blado:

— O, Aniu… Myślałam, że już nikt mnie nie pamięta.

Rozmawiałyśmy długo. O tym, jak bardzo tęskni za domem, za zapachem kawy o poranku, za zwykłym hałasem dziecięcych kroków.

Wróciłam do domu roztrzęsiona. Przez całą noc nie mogłam spać. Nad ranem podjęłam decyzję — zaproponuję jej zamieszkanie z nami.

Kiedy powiedziałam o tym córkom, Annika spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami:

— Serio? Będziemy mieć nową babcię?

Zosia aż podskoczyła z radości:

— Hurra! Babcia będzie robić racuszki!

Ale Aldona była innego zdania:

— Oszalałaś? Teraz każdy ma ciężko! Sama masz dzieci, a jeszcze babę do domu sprowadzasz? — krzyczała przez telefon tak głośno, że aż Lusia uciekła pod kanapę.

Nawet sąsiadka z naprzeciwka, pani Grażyna, która zawsze przynosiła mi ogórki małosolne na wiosnę, zmarszczyła brwi:

— Po co ci to? Jeszcze będziesz miała kłopoty…

Ale ja już wiedziałam swoje.

Pojechałam do domu opieki jeszcze raz. Usiadłam przy łóżku Heleny i powiedziałam:

— Pani Heleno… Chciałabym zaproponować pani coś szalonego. Może zamieszka pani z nami?

Zamarła. Przez chwilę myślałam, że zaraz mnie wyśmieje albo obrazi się na dobre. Ale ona tylko zaczęła płakać — cicho, bezgłośnie, jakby bała się uwierzyć w cud.

— Naprawdę…? — wyszeptała.

— Naprawdę.

Przeprowadzka była jak scena z filmu: jedna torba ubrań, kilka zdjęć w ramkach i stara książka kucharska z PRL-u. Helena drżała ze wzruszenia tak bardzo, że musiałam ją objąć.

Pierwsze dni były trudne. Helena bała się wejść do kuchni bez pytania. Zosia ciągle zadawała jej pytania o dzieciństwo w PRL-u („Babciu Heleno, czy wtedy były lody?”). Annika obserwowała ją z dystansem.

Ale coś zaczęło się zmieniać. Helena codziennie rano wstawała pierwsza i smażyła racuszki z jabłkami — takie same jak moja mama. Wieczorami szydełkowała szaliki dla dziewczynek i opowiadała historie o powstaniu warszawskim.

Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej i zobaczyłam przez uchylone drzwi scenę: Zosia siedziała na kolanach Heleny i śmiała się do łez, a Annika pokazywała jej TikToka na telefonie.

Wtedy poczułam coś dziwnego — jakby dom znów zaczął oddychać.

Oczywiście nie obyło się bez problemów. Helena miała swoje przyzwyczajenia: nie znosiła głośnej muzyki („Za moich czasów słuchało się radia!”), narzekała na ceny w Biedronce („Za komuny to chleb był po złotówce!”), a raz nawet pokłóciłyśmy się o to, kto ma wynosić śmieci.

Najgorzej było jednak z rodziną Pawła — syna Heleny. Kiedy dowiedział się od znajomych, że jego matka mieszka u mnie, zadzwonił z pretensjami:

— Co pani sobie wyobraża?! To moja matka!

— A gdzie pan był przez ostatnie dwa lata? — odpowiedziałam ostro.

Rozłączył się bez słowa przeprosin.

Sąsiedzi plotkowali coraz głośniej:

— Słyszałaś? Ta Anna to chyba chce coś ugrać na tej staruszce…
— Pewnie liczy na spadek!
— Albo jej odbiło po śmierci matki…

Czasem było mi przykro. Ale wystarczyło spojrzeć na Helenę bawiącą się z Zosią albo słyszeć jej śmiech dobiegający z kuchni — wtedy wiedziałam, że zrobiłam dobrze.

Minęły dwa miesiące. Helena odżyła: zaczęła chodzić na spacery z dziewczynkami do parku Bródnowskiego, nauczyła Anniki robić pierogi ruskie („Prawdziwe! Nie te sklepowe!”), a nawet zaprzyjaźniła się z naszą kotką Lusią.

Pewnego wieczoru usiadłyśmy razem przy stole i Helena powiedziała cicho:

— Wiesz… Myślałam już, że umrę w samotności. A teraz czuję się znów potrzebna.

Popłakałyśmy się obie.

Nie jestem bohaterką. Nie zrobiłam tego dla poklasku ani nagród. Po prostu nie mogłam patrzeć na czyjąś samotność — bo sama ją poznałam aż za dobrze.

Dziś wiem jedno: dobro wraca. Czasem nie tak, jak się spodziewasz — czasem nie przez adopcję dziecka czy wielkie gesty, ale przez zwykłe otwarcie drzwi dla kogoś zapomnianego przez świat.

Czy warto było? Tak. Bo jeśli świat stracił jedną babcię Marię, to może warto było dać dom innej — babci Helenie?

A Wy… czy odważylibyście się zrobić coś takiego? Czy potrafilibyście otworzyć serce dla kogoś zupełnie obcego?