Lodówka to nie stołówka! Jak córka i jej „przyjaciele” doprowadzili mnie do łez

– Zosiu, czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego w lodówce znowu nie ma ani kawałka sera? – zapytałam, próbując opanować drżenie głosu. Stałam w kuchni, patrząc na moją czternastoletnią córkę, która właśnie zdejmowała buty po powrocie ze szkoły. W jej oczach zobaczyłam cień irytacji, ale i coś jeszcze – może poczucie winy?

– Mamo, przecież mówiłam ci, że przyjdą dziś do mnie Ola i Bartek. Byli głodni po próbie w teatrze…

Westchnęłam ciężko. To nie pierwszy raz. Ostatnio nasz dom zamienił się w coś na kształt stołówki dla wszystkich znajomych Zosi. Przychodzili po szkole, po zajęciach dodatkowych, czasem nawet w weekendy. Jedli wszystko, co znalazło się pod ręką – kanapki, jogurty, owoce, a czasem nawet resztki z obiadu, które zostawiałam na następny dzień. Na początku cieszyłam się, że Zosia ma tylu przyjaciół. Sama byłam raczej zamknięta w sobie w jej wieku i zazdrościłam jej tej otwartości. Ale z czasem zaczęło mnie to przerastać.

Pamiętam dokładnie ten dzień, kiedy wszystko się we mnie zagotowało. Był piątek, wróciłam z pracy zmęczona i marzyłam o chwili spokoju. Wchodzę do kuchni – a tam czwórka dzieciaków siedzi przy stole, śmieje się i pałaszuje naleśniki, które przygotowałam na kolację dla naszej rodziny. Nawet nie zapytali, czy mogą. Zosia tylko rzuciła przez ramię:

– Mamo, zrobiłaś genialne naleśniki! Chłopaki mówią, że twoje są lepsze niż u nich w domu.

Poczułam wtedy coś dziwnego – dumę i złość jednocześnie. Przecież chciałam być dobrą matką, gościnną osobą… Ale czy to już nie przesada? Czy mój dom musi być otwarty dla wszystkich? Czy naprawdę muszę codziennie dokupować jedzenie, bo ktoś znowu „wpadł na chwilę”?

Wieczorem usiadłam z mężem przy stole. Andrzej spojrzał na mnie uważnie.

– Co się dzieje? Wyglądasz na wykończoną.

– Bo jestem – odpowiedziałam cicho. – Nasza lodówka to nie restauracja. Nie mam już siły gotować dla całej dzielnicy.

Andrzej wzruszył ramionami.

– Może przesadzasz? To tylko dzieciaki…

Ale ja wiedziałam swoje. To nie chodziło tylko o jedzenie. Czułam się wykorzystywana. Zosia coraz rzadziej pytała o zgodę, coraz częściej traktowała nasz dom jak miejsce spotkań dla wszystkich swoich znajomych. A ja? Ja byłam kucharką, sprzątaczką i czasem nawet bankomatem.

Kilka dni później sytuacja się powtórzyła. Wracam do domu – a tam Zosia z koleżankami robi sobie „domowe spa”. Wszędzie porozrzucane ręczniki, puste opakowania po jogurtach i owocach. Wtedy nie wytrzymałam.

– Dość! – krzyknęłam tak głośno, że sama się przestraszyłam własnego głosu. – To nie jest hotel ani stołówka! Mam dość tego bałaganu i tego, że nikt mnie o nic nie pyta!

Dziewczyny spojrzały na mnie zaskoczone. Zosia pobladła.

– Przepraszam… – wyszeptała.

Wyszłam do łazienki i tam się popłakałam. Czułam się okropnie – jak najgorsza matka na świecie. Przecież powinnam się cieszyć, że moje dziecko ma przyjaciół… Ale czy naprawdę muszę pozwalać na wszystko?

Wieczorem Zosia przyszła do mnie do pokoju.

– Mamo…

Nie odpowiedziałam od razu. Bałam się, że znowu wybuchnę.

– Mamo, ja naprawdę nie chciałam cię zdenerwować. Po prostu… lubię mieć ludzi wokół siebie. U nas jest fajnie. U Oli w domu rodzice ciągle się kłócą, Bartek mieszka tylko z babcią… U nas jest spokojnie.

Spojrzałam na nią przez łzy.

– Rozumiem cię, Zosiu. Ale ja też mam swoje granice. Potrzebuję czasem spokoju i chcę mieć pewność, że ktoś mnie szanuje. Nie chcę być tylko kucharką dla twoich znajomych.

Zosia przytuliła mnie mocno.

– Obiecuję, że będę pytać o zgodę i pomagać sprzątać po spotkaniach.

Chciałam jej wierzyć. Ale kilka dni później sytuacja wróciła do normy – może trochę mniej intensywnie, ale jednak. Znów pojawiali się nowi znajomi, znów znikały zapasy z lodówki.

Zaczęłam rozmawiać z innymi mamami na osiedlu. Okazało się, że nie jestem sama – wiele z nich miało podobne problemy. Jedna z nich powiedziała mi coś ważnego:

– Dzieci testują nasze granice. Ale to my musimy je wyznaczyć.

Postanowiłam więc ustalić zasady: Zosia może zapraszać znajomych dwa razy w tygodniu i zawsze musi pytać o zgodę. Jeśli ktoś zostaje na dłużej – przynosi coś do jedzenia albo pomaga w kuchni.

Pierwsze dni były trudne – Zosia była obrażona, jej znajomi mniej chętni do odwiedzin. Ale po jakimś czasie sytuacja się unormowała. Nauczyliśmy się rozmawiać o potrzebach – moich i Zosi.

Czasem jednak wracam myślami do tamtych chwil i zastanawiam się: czy byłam zbyt surowa? Czy powinnam była pozwolić Zosi na więcej? A może właśnie dzięki temu nauczyła się szanować innych?

Czy każda matka musi wybierać między gościnnością a własnym spokojem? Gdzie kończy się dobroć, a zaczyna wykorzystywanie? Może wy też mieliście podobne doświadczenia…