Kiedy miłość nie wystarcza: Historia matki, która straciła córkę przez pieniądze

— Mamo, nie rozumiesz, ja naprawdę tego potrzebuję! — krzyknęła Ola, trzaskając drzwiami mojego mieszkania w bloku na warszawskim Ursynowie. Stałam w przedpokoju, ściskając w dłoni portfel, w którym zostało mi ledwie kilkadziesiąt złotych do końca miesiąca. W uszach dźwięczały mi jej słowa, a w oczach stanęły łzy. Przez całe życie robiłam wszystko, żeby Ola miała lepiej niż ja. Pracowałam na dwóch etatach, sprzątałam biura nocami, żeby mogła chodzić na dodatkowe lekcje angielskiego, kupowałam jej markowe ubrania, choć sama chodziłam w tych samych butach przez kilka sezonów.

Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu Ola przychodziła do mnie z uśmiechem, opowiadała o swoim synku, moim wnuku, Antosiu. Przynosiła mi jego rysunki, razem piekłyśmy ciasto, a ja czułam, że jestem potrzebna. Ale wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy przeszłam na emeryturę. Moja renta nie wystarczała już na to, żeby wspierać Olę tak, jak wcześniej. Przestałam płacić jej rachunki za prąd, nie mogłam już dorzucać się do przedszkola Antosia, nie kupowałam prezentów na każdą okazję. Z każdym miesiącem Ola stawała się coraz bardziej chłodna, coraz rzadziej dzwoniła, aż w końcu przestała przychodzić w ogóle.

— Mamo, nie rozumiesz, jak ciężko jest teraz żyć! — powtarzała mi przez telefon. — Ty miałaś łatwiej, bo wszystko robiłaś dla mnie, a ja muszę radzić sobie sama! — Jej głos był pełen żalu, ale i pretensji. Próbowałam tłumaczyć, że nie mam już pieniędzy, że sama muszę oszczędzać na jedzeniu, ale Ola nie chciała słuchać. — Skoro nie możesz mi pomóc, to nie wiem, po co w ogóle dzwonisz — rzuciła ostatnio i odłożyła słuchawkę.

Od tamtej pory minęły trzy miesiące. Nie widziałam Antosia, nie słyszałam głosu córki. Każdego dnia patrzę na zdjęcia stojące na półce — Ola z Antosiem na placu zabaw, Ola w białej sukience na studniówce, Ola jako mała dziewczynka z warkoczykami. Zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Czy za bardzo ją rozpieściłam? Czy powinnam była nauczyć ją, że pieniądze nie są najważniejsze? Może gdybym była bardziej stanowcza, Ola nie oczekiwałaby ode mnie tak wiele?

Czasem spotykam sąsiadkę, panią Zofię, która pyta: — Co u córki? Dawno jej nie widziałam. — Wtedy uśmiecham się smutno i mówię, że wszystko w porządku, bo nie chcę, żeby ktoś wiedział, jak bardzo jestem samotna. Wieczorami siadam przy oknie i patrzę na światła miasta. Myślę o tym, jak bardzo brakuje mi rozmów z Olą, śmiechu Antosia, zwykłych, codziennych spraw. Zamiast tego mam tylko ciszę i wspomnienia.

Pewnego dnia postanowiłam napisać do Oli list. Pisałam długo, łzy kapały mi na kartkę. „Córeczko, wiem, że jesteś zła, że czujesz się zawiedziona. Przepraszam, że nie mogę już ci pomagać tak jak kiedyś. Ale wiesz, że zawsze cię kochałam i kocham nadal. Chciałabym zobaczyć Antosia, przytulić go, porozmawiać z tobą. Proszę, nie odrzucaj mnie tylko dlatego, że nie mam już pieniędzy. Zawsze będę twoją mamą.” Wysłałam ten list i czekałam. Minął tydzień, potem drugi. Żadnej odpowiedzi.

Któregoś popołudnia zadzwonił domofon. Serce mi zabiło mocniej. Może to Ola? Może przyszła z Antosiem? Ale to był listonosz z poleconym. Otworzyłam kopertę — wezwanie do zapłaty za zaległy czynsz. Znowu musiałam kombinować, z czego zapłacić rachunki. Wtedy poczułam, jak bardzo jestem sama. Nawet nie miałam komu się wyżalić.

W nocy śniła mi się Ola. Była małą dziewczynką, tuliła się do mnie i mówiła: — Mamusiu, nie płacz, ja cię kocham. Obudziłam się z mokrą poduszką. Próbowałam do niej zadzwonić, ale nie odbierała. Wysyłałam SMS-y, ale nie odpisywała. Czułam się, jakbym straciła nie tylko córkę, ale i sens życia.

Pewnego dnia spotkałam na klatce schodowej jej dawną koleżankę, Kasię. — Pani Haniu, Ola mówiła, że ma teraz ciężki czas, ale… wie pani, ona zawsze była trochę roszczeniowa. Może musi sama zrozumieć, że nie wszystko jej się należy? — Kasia spojrzała na mnie współczująco. Poczułam wstyd, że ktoś widzi moją porażkę jako matki. Ale może miała rację? Może Ola musi dorosnąć, zrozumieć, że nie mogę być jej bankomatem do końca życia?

Zbliżały się święta. W sklepach pojawiły się choinki, dzieci śpiewały kolędy na podwórku. Zawsze w tym czasie przygotowywałam dla Oli i Antosia prezenty, piekłam pierniki, czekałam na ich wizytę. Teraz nie miałam nawet dla kogo gotować. W Wigilię usiadłam sama przy stole, zapaliłam świecę i spojrzałam na puste miejsce. Przypomniałam sobie, jak Ola śmiała się, gdy była mała, jak cieszyła się z pierwszego roweru, który kupiłam jej za ostatnie oszczędności. Czy wtedy była szczęśliwa? Czy naprawdę liczyły się tylko pieniądze?

Po świętach zadzwonił telefon. To była Ola. — Mamo, przepraszam, że nie dzwoniłam. Było mi ciężko. — Jej głos był cichy, jakby niepewny. — Antoś pytał o ciebie. Może wpadniemy w weekend? — Poczułam ulgę, ale i żal. Czy to znów tylko dlatego, że czegoś potrzebuje? Czy może naprawdę zatęskniła?

Kiedy przyszli, Antoś rzucił mi się na szyję. — Babciu, tęskniłem! — Ola stała z boku, patrzyła na mnie niepewnie. Usiadłyśmy przy herbacie. — Mamo, wiem, że nie masz pieniędzy. Przepraszam, że byłam dla ciebie taka okrutna. Po prostu… boję się, że sobie nie poradzę. — W jej oczach zobaczyłam łzy. — Ale nie chcę cię stracić. — Przytuliłam ją mocno. — Córeczko, ja też się boję. Ale zawsze będę cię kochać, nawet jeśli nie mogę ci już pomagać tak jak kiedyś.

Wieczorem, kiedy zostałam sama, długo myślałam o naszej rozmowie. Może miłość matki naprawdę nie wystarcza, żeby uchronić dziecko przed rozczarowaniami życia. Może czasem trzeba pozwolić odejść, żeby mogło wrócić. Czy można być dobrą matką, jeśli nie stać cię na pomoc? Czy miłość bez pieniędzy naprawdę jest mniej warta? Czasem zastanawiam się, czy Ola kiedyś mi wybaczy. A może to ja muszę wybaczyć sobie?