Wesele, na które nie zostałam zaproszona: Historia matki z polskiej wsi

„Nie przyjedziesz, prawda?” – zapytała mnie przez telefon Marta, a ja poczułam, jak serce ściska mi się w gardle. Był maj, wokół domu pachniały bzy, a ja stałam przy kuchennym oknie, patrząc na nasze stare jabłonie. „Nie dostałam zaproszenia, córeczko” – odpowiedziałam cicho, choć w środku krzyczałam. Przez chwilę po drugiej stronie słuchawki panowała cisza, a potem usłyszałam tylko: „Tak będzie lepiej, mamo. To inny świat”.

Nie wiem, kiedy zaczęła się ta przepaść między nami. Może wtedy, gdy Marta wyjechała na studia do Warszawy i wracała coraz rzadziej. Najpierw przywoziła ze sobą nowe słowa, potem nowe ubrania, aż w końcu przywoziła już tylko siebie – coraz bardziej obcą. Zawsze byłam dumna, że dałam radę ją wychować sama, po śmierci męża. Pracowałam w sklepie, dorabiałam u sąsiadów, żeby tylko miała wszystko, czego potrzebuje. Pamiętam, jak płakała, gdy pierwszy raz wyjeżdżała do miasta. „Mamo, nie zostawiaj mnie tutaj!” – wołała wtedy, a ja tuliłam ją mocno, obiecując, że zawsze będę przy niej.

Ale potem coś się zmieniło. Zaczęła się wstydzić tego, skąd pochodzi. „Nie mów nikomu, że jesteś sprzedawczynią” – prosiła, kiedy przyjeżdżałam do niej na uczelnię. „Nie przychodź w tej kurtce, mamo, wyglądasz… staroświecko”. Bolało mnie to, ale tłumaczyłam sobie, że to tylko młodzieńczy bunt, że przejdzie. Przecież zawsze wracała na święta, przywoziła prezenty, całowała mnie w policzek. Ale z każdym rokiem tych powrotów było coraz mniej.

Kiedy zadzwoniła i powiedziała, że wychodzi za mąż, poczułam dumę i radość. „Mamo, poznałam kogoś wyjątkowego. Michał jest z Warszawy, pracuje w banku, jego rodzina jest… no, inna niż my”. Słuchałam jej opowieści o zaręczynach, o planach na przyszłość, o nowym mieszkaniu, które kupili razem. Czekałam na zaproszenie, wyobrażałam sobie, jak będę szykować się na wesele, jak zatańczę z nią pierwszy taniec. Nawet zaczęłam odkładać pieniądze na nową sukienkę.

Ale zaproszenie nie przyszło. Zamiast tego – rozmowa przez telefon, pełna niezręczności i niedopowiedzeń. „Mamo, to będzie małe przyjęcie, tylko najbliżsi… Michałowi zależy na dyskrecji, jego rodzina nie jest przyzwyczajona do takich… wiejskich klimatów”. Poczułam się, jakby ktoś wyciął mi serce. Przecież jestem jej matką! Czy naprawdę aż tak się mnie wstydzi?

Przez kilka tygodni nie mogłam spać. Chodziłam po domu, patrzyłam na jej zdjęcia – z pierwszego dnia w szkole, z komunii, z matury. Wspominałam, jak uczyłam ją robić pierogi, jak razem sadziłyśmy kwiaty w ogródku. Czy to wszystko już nie ma znaczenia? Czy naprawdę jestem tylko wstydliwym wspomnieniem, którego trzeba się pozbyć?

Sąsiadki pytały, kiedy wesele, czy już szykuję się na wielkie święto. Kłamałam, że Marta chce skromnie, tylko w urzędzie, że nie będzie wesela. Wstydziłam się przyznać, że nie jestem zaproszona. Nawet przed samą sobą nie chciałam tego przyznać. Wieczorami płakałam w poduszkę, a rano udawałam, że wszystko jest w porządku.

W dniu jej ślubu obudziłam się wcześnie. Przez chwilę miałam nadzieję, że zadzwoni, że powie: „Mamo, przyjedź, nie mogę bez ciebie”. Ale telefon milczał. Ubrałam się w najlepszą sukienkę, zrobiłam sobie herbatę i usiadłam przy oknie. Wyobrażałam sobie, jak wygląda w białej sukni, jak się śmieje, jak tańczy z Michałem. Modliłam się, żeby była szczęśliwa, choć moje serce pękało z bólu.

Wieczorem zadzwoniła sąsiadka. „Zosiu, widziałam zdjęcia na Facebooku. Marta wyglądała pięknie. Szkoda, że cię tam nie było”. Nie odpowiedziałam. Co miałam powiedzieć? Że własna córka się mnie wstydzi? Że nie jestem już częścią jej życia?

Kilka dni później Marta zadzwoniła. „Mamo, nie gniewaj się. To wszystko było takie trudne… Michałowi zależało na tym, żeby wszystko było idealnie. Jego rodzina ma inne zwyczaje, nie zrozumieliby…”. Słuchałam jej tłumaczeń i czułam, jak narasta we mnie gniew. „A co ze mną, Marto? Czy ja już się nie liczę? Czy naprawdę aż tak ci przeszkadzam?” – zapytałam, a w moim głosie drżały łzy. „Mamo, ja cię kocham, ale… to już inny świat. Ty byś się tam nie odnalazła”.

Nie odnalazłabym się? Przecież to ja ją wychowałam, nauczyłam wszystkiego, co dobre. To ja byłam przy niej, kiedy była chora, kiedy płakała po pierwszym zawodzie miłosnym, kiedy bała się matury. Teraz jestem tylko przeszkodą, balastem, którego trzeba się pozbyć.

Od tamtej pory nasze rozmowy są coraz rzadsze. Marta dzwoni raz na miesiąc, opowiada o pracy, o podróżach, o nowych znajomych. Nigdy nie pyta, jak się czuję. Nigdy nie mówi, że tęskni. A ja? Ja codziennie patrzę na jej zdjęcia i zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Czy za bardzo ją kochałam? Czy za mało wymagałam? Czy to naprawdę wstyd być ze wsi?

Czasem myślę, że może powinnam była być bardziej stanowcza, nie pozwolić jej tak łatwo odejść. Ale przecież każda matka chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Chciałam, żeby miała lepsze życie, żeby nie musiała martwić się o pieniądze, żeby była szczęśliwa. Nie sądziłam, że to oznacza, że przestanę być częścią jej świata.

Dziś jestem sama. Dom jest cichy, ogród zarasta chwastami. Sąsiadki już nie pytają o Martę, bo wiedzą, że nie chcę o niej mówić. Ale każdej nocy modlę się za nią, żeby była szczęśliwa, żeby nie zapomniała, skąd pochodzi. Może kiedyś zrozumie, jak bardzo mnie zraniła. Może kiedyś wróci i powie: „Mamo, przepraszam”.

Czasem pytam siebie: czy naprawdę można aż tak się wstydzić własnej matki? Czy sukces w mieście jest wart takiej ceny? Może to ja jestem staroświecka, może nie rozumiem dzisiejszego świata. Ale czy miłość matki naprawdę może być powodem do wstydu? Co wy o tym myślicie? Czy wy też kiedyś poczuliście się niepotrzebni własnym dzieciom?