25 lat razem – a jednak nie znałam Janusza. Moja historia o zdradzie, zaufaniu i tym, co kryje się pod powierzchnią codzienności
– Co to jest? – zapytałam, trzymając w ręku telefon Janusza, a moje palce drżały tak mocno, że ledwo mogłam utrzymać urządzenie. Właśnie wrócił z pracy, rzucił torbę na krzesło i jak zwykle poszedł do łazienki. Telefon zostawił na stole, odblokowany. Nie szukałam niczego, przysięgam. Po prostu zadzwoniła nasza córka, Zosia, a ja chciałam jej oddzwonić. Ale zanim to zrobiłam, zobaczyłam powiadomienie: „Dziękuję za wczoraj. Było cudownie. Tęsknię”. Serce mi zamarło.
Janusz wyszedł z łazienki, a ja stałam jak wryta, z telefonem w ręku. – Odpowiesz mi? – powtórzyłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Przez chwilę patrzył na mnie, jakby nie rozumiał, o co chodzi. Potem zobaczył telefon i zbladł. – To nie tak, jak myślisz – powiedział cicho.
Przez głowę przelatywały mi obrazy z ostatnich miesięcy. Jego późne powroty, nagłe wyjazdy służbowe, dziwne milczenie przy stole. Zawsze tłumaczył się pracą, zmęczeniem, stresem. Wierzyłam mu, bo przecież byliśmy razem tyle lat. Przeżyliśmy wszystko: budowę domu, kiedy Janusz sam kładł kafelki, a ja malowałam ściany w pokoju Zosi. Utrata pracy, kiedy płakał, a ja trzymałam go za rękę i powtarzałam, że damy radę. Choroba mojego ojca, kiedy Janusz codziennie jeździł do szpitala, żeby przynieść mu ulubione ciastka. Myślałam, że po tym wszystkim nie ma już przed nami tajemnic.
– To kto to jest? – zapytałam, choć bałam się odpowiedzi. – To tylko koleżanka z pracy – odpowiedział, ale nie patrzył mi w oczy. – Koleżanka? – powtórzyłam z niedowierzaniem. – Koleżanki nie piszą takich rzeczy.
Janusz usiadł na krześle, schował twarz w dłoniach. – To się po prostu stało – wyszeptał. – Nie planowałem tego. Byłem samotny, ty ciągle zajęta Zosią, domem, twoją mamą. W pracy pojawiła się Anka… Rozumiała mnie.
Poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez tyle lat byłam pewna, że jesteśmy drużyną. Że nawet jeśli się kłócimy, to zawsze jesteśmy po tej samej stronie. A teraz? Wszystko runęło. – Samotny? – powtórzyłam, czując, jak narasta we mnie złość. – A ja? Myślisz, że mi było łatwo? Że nie czułam się samotna, kiedy siedziałam sama wieczorami, bo ty miałeś „ważne spotkania”?
Janusz milczał. W pokoju zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem zegara. W głowie miałam mętlik. Przypomniałam sobie, jak Zosia kilka tygodni temu zapytała, czy z tatą wszystko w porządku. Wtedy zbyłam ją, mówiąc, że tata jest po prostu zmęczony. Teraz widziałam, jak bardzo byłam ślepa.
– Jak długo to trwa? – zapytałam. – Kilka miesięcy – odpowiedział. – Ale to nic nie znaczyło. To był tylko… moment słabości.
– Moment słabości? – powtórzyłam, czując, jak łzy ciekną mi po policzkach. – Dwadzieścia pięć lat razem, Janusz. Myślałam, że po tym wszystkim, co przeszliśmy, zasłużyłam na szczerość.
Nie pamiętam, jak długo siedzieliśmy w milczeniu. W końcu wstałam i wyszłam z domu. Musiałam zaczerpnąć powietrza. Przeszłam się po osiedlu, patrząc na znajome bloki, place zabaw, ławki, na których kiedyś siedzieliśmy z Zosią. Wszystko wydawało się takie samo, a jednak zupełnie inne.
Wróciłam późno. Janusz siedział w kuchni, nie jadł kolacji. – Przepraszam – powiedział tylko. – Nie wiem, co mam zrobić.
– Ja też nie wiem – odpowiedziałam. – Muszę to przemyśleć.
Przez kolejne dni żyliśmy obok siebie jak obcy ludzie. Zosia zauważyła, że coś jest nie tak. – Mamo, co się dzieje? – zapytała pewnego wieczoru. – Nic, kochanie, po prostu jesteśmy zmęczeni – skłamałam. Nie chciałam jej martwić. Ale ona nie dała się zbyć. – Wiem, że coś się stało. Tata płakał w garażu. Nigdy go takiego nie widziałam.
Te słowa mnie złamały. Wiedziałam, że muszę podjąć decyzję. Czy wybaczyć? Czy spróbować zrozumieć? A może odejść, zacząć wszystko od nowa? Przez całe życie byłam tą, która łagodziła konflikty, dbała o dom, rodzinę, wszystkich dookoła. Ale kto zadba o mnie?
Pewnego wieczoru usiedliśmy z Januszem przy stole. – Chcę wiedzieć wszystko – powiedziałam. – Nie chcę już żadnych tajemnic.
Opowiedział mi o Ance. O tym, jak zaczęli rozmawiać, najpierw o pracy, potem o życiu. Jak poczuł się znowu ważny, potrzebny. Jak trudno mu było wrócić do domu, gdzie czuł się niewidzialny. Słuchałam i płakałam. Bo zrozumiałam, że nie tylko on był samotny. Ja też. Tylko zamiast szukać pocieszenia u kogoś innego, zamknęłam się w sobie.
Nie wiem, co będzie dalej. Może wybaczę, może nie. Może spróbujemy zacząć od nowa, a może każde z nas pójdzie swoją drogą. Wiem jedno – już nigdy nie będę udawać, że wszystko jest w porządku, jeśli nie jest.
Czasem myślę: czy można odbudować zaufanie po takim ciosie? Czy warto walczyć o coś, co wydawało się niezniszczalne, a jednak tak łatwo się rozpadło? Co Wy byście zrobili na moim miejscu?