„Ela kontra teściowej: Czy warto kochać mężczyznę, który nigdy nie dorósł?”
– Ela, wstawaj! – usłyszałam przez drzwi sypialni głos pani Haliny, matki Marka. – Już ósma, a Marek jeszcze nie jadł śniadania!
Zacisnęłam powieki. To nie był mój dom, choć mieszkałam tu już od trzech miesięcy. Każdego ranka czułam się jak intruz, jakby ktoś sprawdzał, czy nadaję się na żonę jej syna. Przewróciłam się na drugi bok, próbując zignorować narastającą irytację.
– Ela! – tym razem głośniej. – Marek lubi jajecznicę z pomidorami, pamiętaj!
Otworzyłam oczy i spojrzałam na Marka. Spał spokojnie, zupełnie nieświadomy tego, co dzieje się za drzwiami. Zawsze taki był – uroczy, czuły, ale kompletnie nieprzystosowany do życia bez matki. Kiedyś wydawało mi się to słodkie. Teraz czułam się jak służąca w cudzym domu.
Wstałam i poszłam do kuchni. Pani Halina już tam była, z założonymi rękami i miną generała.
– Ela, musisz się bardziej starać. Marek jest przyzwyczajony do pewnego standardu – powiedziała chłodno.
Przełknęłam ślinę. – Może Marek sam zrobi sobie śniadanie? – odważyłam się zapytać.
Spojrzała na mnie z wyższością. – On pracuje ciężko. Ty jesteś tu dla niego.
Zacisnęłam pięści pod stołem. Przypomniałam sobie pierwsze miesiące naszej znajomości: długie spacery po Łazienkach, wieczory przy winie na mojej kawalerce na Ochocie. Marek był wtedy inny – spontaniczny, zabawny, pełen planów na przyszłość. Ale odkąd zamieszkaliśmy u jego matki „na chwilę”, wszystko się zmieniło.
Wieczorem próbowałam z nim porozmawiać.
– Marek, musimy pogadać – zaczęłam niepewnie.
– O czym? – zapytał, nie odrywając wzroku od telefonu.
– O twojej mamie. Czuję się tu jak… jakby mnie testowała na każdym kroku.
Westchnął. – Ela, przesadzasz. Mama po prostu chce dobrze.
– Dla kogo? Dla ciebie czy dla siebie?
Wzruszył ramionami. – Po prostu ją zaakceptuj. To mój dom.
Poczułam gulę w gardle. Czy naprawdę miałam zaakceptować to, że dorosły facet nie potrafi sam zrobić sobie kanapki? Że jego matka decyduje o wszystkim – od tego, co jemy na obiad, po to, gdzie pojedziemy na wakacje?
Kolejne dni były coraz trudniejsze. Pani Halina komentowała wszystko: moje ubrania („Ela, może założysz coś bardziej kobiecego?”), moje gotowanie („Marek lubi mniej soli”), nawet moje rozmowy telefoniczne („Nie powinnaś tyle rozmawiać z koleżankami, Marek potrzebuje spokoju”).
Pewnego dnia wróciłam do domu później niż zwykle. W kuchni czekała na mnie scena rodem z telenoweli: Marek siedział przy stole z miną zbitego psa, a jego matka krzyczała:
– Gdzie byłaś?! Marek był głodny!
– Byłam w pracy! – odpowiedziałam ostro.
– Praca pracą, ale rodzina jest najważniejsza! – syknęła.
Spojrzałam na Marka. Milczał.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Myśli kłębiły mi się w głowie: Czy naprawdę chcę tak żyć? Czy miłość do Marka jest warta tego upokorzenia? Przypomniałam sobie rozmowy z mamą:
– Ela, pamiętaj: szanuj siebie. Miłość to nie poświęcenie siebie do końca.
Ale ja zawsze chciałam wierzyć, że można się dogadać. Że kompromis jest możliwy.
Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z Markiem raz jeszcze.
– Marek, musimy się wyprowadzić. Albo ja odejdę.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– Przecież mama nas potrzebuje…
– A ja? Ja też cię potrzebuję! Ale nie jako chłopca przy mamusi!
Zamilkł. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach cień wątpliwości.
Wieczorem spakowałam walizkę i wyszłam z mieszkania pani Haliny. Marek nawet nie próbował mnie zatrzymać.
Siedząc w tramwaju linii 9, patrzyłam przez okno na rozświetlone ulice Warszawy i czułam ulgę pomieszaną z żalem. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy naprawdę trzeba wybierać między miłością a własną wolnością?
Może czasem trzeba odejść, żeby odnaleźć siebie? A może to ja byłam zbyt dumna?
Czy wy też kiedyś musieliście wybierać między sobą a kimś bliskim? Jak znaleźć granicę między kompromisem a utratą siebie?