Czy jestem tylko portfelem dla mojego męża? – Wyznanie polskiej żony o niewidzialnych ciężarach
– Znowu nie zapłaciłeś rachunku za prąd, Piotrze – powiedziałam, patrząc na niego przez stół, na którym leżały nieotwarte koperty. W jego oczach nie było nawet cienia skruchy. – Przecież mówiłem, że nie mam teraz pieniędzy – odparł, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu. – Może mogłabyś się tym zająć? Przecież i tak zarabiasz więcej.
W tej chwili poczułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. To nie był pierwszy raz, kiedy Piotr zrzucał na mnie odpowiedzialność za domowe finanse. Od czterech lat, odkąd jesteśmy małżeństwem, to ja utrzymuję naszą rodzinę. Pracuję jako księgowa w małej firmie transportowej w Łodzi, a Piotr od miesięcy nie może znaleźć stałej pracy. Zawsze ma jakieś wymówki: a to rynek trudny, a to nie ma odpowiednich ofert, a to musi pomóc swojej córce z poprzedniego małżeństwa.
Kiedy się poznaliśmy, byłam zauroczona jego poczuciem humoru i tym, jak troskliwie mówił o swojej córce, Julii. Wydawało mi się, że ktoś, kto tak bardzo kocha dziecko, będzie dobrym partnerem i ojcem dla naszej przyszłej rodziny. Teraz jednak coraz częściej czuję się jak niewidzialna służąca i portfel w jednym.
– A może byś chociaż raz zapytał, jak ja się czuję? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. Piotr spojrzał na mnie z irytacją. – Znowu zaczynasz? Przecież wiesz, że robię, co mogę. Ale Julia potrzebuje wsparcia, a ty przecież masz dobrą pracę. Nie rozumiem, o co ci chodzi.
O co mi chodzi? Może o to, że od miesięcy nie kupiłam sobie nic nowego, bo wszystko idzie na rachunki, jedzenie i alimenty dla Julii. Może o to, że nasz syn, Michał, coraz częściej pyta, dlaczego tata nie zabiera go na rower, tylko zawsze jest zajęty czymś innym. Może o to, że czuję się samotna nawet wtedy, gdy Piotr siedzi obok mnie na kanapie.
Wieczorem, kiedy Michał już spał, usiadłam na łóżku i zaczęłam płakać. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś mnie przytulił bez powodu. Piotr wszedł do pokoju, spojrzał na mnie i westchnął. – Znowu płaczesz? Przecież wszystko jest dobrze. Przesadzasz, Aniu.
– Naprawdę myślisz, że wszystko jest dobrze? – zapytałam cicho. – Nie widzisz, że jestem zmęczona? Że nie mam już siły ciągnąć tego wszystkiego sama?
Piotr wzruszył ramionami. – Przecież nie musisz. Możesz rzucić tę pracę, jak ci tak ciężko. Ale wtedy nie będzie na rachunki, więc chyba lepiej, żebyś jednak pracowała, co?
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Poczułam się, jakby ktoś zamknął mnie w klatce. Próbowałam rozmawiać z mamą, ale ona tylko powtarzała: – Takie są czasy, Aniu. Kobieta musi być silna. Przynajmniej masz rodzinę.
Ale czy to naprawdę jest rodzina? Czy rodzina to miejsce, gdzie jedna osoba dźwiga wszystko na swoich barkach, a druga tylko bierze? Zaczęłam coraz częściej myśleć o rozwodzie. O tym, jakby to było być samą, ale wolną. Bez wiecznego poczucia winy, bez udawania, że wszystko jest w porządku.
Pewnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, zobaczyłam Piotra siedzącego przy komputerze. – Muszę przelać Julii pieniądze na wycieczkę szkolną – powiedział, nawet nie patrząc na mnie. – Dasz mi kartę?
– A może byś sam coś zarobił? – wybuchłam. – Może byś w końcu pomyślał o nas, a nie tylko o Julii i sobie?
Piotr spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Jesteś zazdrosna o dziecko? Co z tobą nie tak?
– Nie jestem zazdrosna o Julię. Jestem zmęczona tym, że wszystko jest na mojej głowie. Że nie widzisz mnie, tylko widzisz we mnie bankomat. Chcę być żoną, partnerką, a nie tylko źródłem pieniędzy!
Wybiegłam z domu, trzaskając drzwiami. Przez godzinę chodziłam po parku, próbując zebrać myśli. Czy naprawdę jestem tylko portfelem? Czy moje potrzeby, marzenia i zmęczenie nie mają znaczenia? Czy to jest życie, o jakim marzyłam?
Kiedy wróciłam, Piotr już spał. Michał przytulił się do mnie i zapytał: – Mamo, dlaczego płaczesz?
– Bo czasem nawet mamy są smutne, kochanie – odpowiedziałam, głaszcząc go po głowie.
Od tamtej pory coraz częściej rozważam, czy nie lepiej byłoby być samotną matką niż niewidzialną żoną. Czy lepiej żyć w pojedynkę, ale z poczuciem własnej wartości, niż w małżeństwie, gdzie jestem tylko funkcją, a nie osobą?
Czasem patrzę w lustro i pytam samą siebie: ile jeszcze wytrzymam? Czy naprawdę na tym polega miłość i rodzina? A może czas w końcu zawalczyć o siebie?
Czy wy też czuliście się kiedyś niewidzialni w swoim domu? Czy warto walczyć o taki związek, czy lepiej odejść, zanim całkiem się zatracimy?