„Obudź się i zrób mi kawę!” – Jak szwagier wywrócił nasze życie do góry nogami i gdzie kończy się rodzinna lojalność
– Obudź się i zrób mi kawę! – usłyszałam nagle, zanim jeszcze zdążyłam otworzyć oczy. Głos był ostry, niecierpliwy. To był Damian, brat mojego męża, który od dwóch tygodni mieszkał z nami niby tylko „na chwilę”. Leżał rozparty na naszym starym kanapie w salonie, jakby od zawsze tu należał. Była piąta rano. Dzieci jeszcze spały, a ja cicho próbowałam wymknąć się do kuchni, żeby choć przez chwilę pobyć sama ze swoimi myślami. Ale Damian już nie spał – i najwyraźniej uznał, że dom należy do niego.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Damian zadzwonił późnym wieczorem: „Kinga, mogę u was przenocować? Z właścicielem mieszkania mam jakiś problem, jutro wszystko załatwię.” Mój mąż, Tomek, tylko wzruszył ramionami: „To mój brat, przecież nie zostawię go na lodzie.” Zgodziłam się bez wahania. Przecież rodzina to rodzina. Ale z jednego wieczoru zrobiły się dwa tygodnie.
Pierwszego dnia starałam się być miła. Ugotowałam Damianowi jajecznicę na śniadanie, posprzątałam po nim, nawet kupiłam jego ulubione bułki z makiem. Nie podziękował. Nawet nie spojrzał na mnie. Następnego dnia rzucił brudne ubrania na środek łazienki i rzucił przez ramię: – Kinga, skończył mi się szampon!
Tomek próbował tłumaczyć: – Wiesz, Damian ma teraz ciężki czas… Ale ja czułam, że coś jest nie tak. Damian nie był już gościem – przejął kontrolę nad domem. Dzieci też to czuły. Nasza ośmioletnia Zosia przyszła do mnie wieczorem ze łzami w oczach: – Mamo, dlaczego wujek Damian na mnie krzyczy?
Z każdym dniem atmosfera gęstniała. Damian coraz częściej rozkazywał: – Kinga, zrób mi herbatę! – Kinga, gdzie są moje skarpetki? – Kinga, czemu ten obiad taki słony? – A może byś się nauczyła gotować? – rzucił pewnego dnia z pogardą.
Tomek coraz częściej wracał późno z pracy. Czy naprawdę miał tyle roboty? Czy po prostu uciekał przed tym, co działo się w domu? Ja czułam się coraz bardziej samotna i niewidzialna. Nawet dzieci zaczęły unikać salonu.
Któregoś wieczoru zebrałam się na odwagę:
– Tomek, musimy porozmawiać. Nie mogę już tak żyć. Damian traktuje mnie jak służącą.
Tomek spuścił wzrok:
– To mój brat… Nie chcę go wyrzucać na ulicę.
– Ale to nasz dom! Nasze dzieci! One się boją!
Następnego dnia rano Damian znów rozkazał mi zrobić kawę. Wtedy coś we mnie pękło.
– Damian, dość! To nie hotel! Jeśli nie potrafisz zachowywać się jak gość i szanować nas wszystkich, musisz znaleźć sobie inne miejsce.
Damian spojrzał na mnie z niedowierzaniem:
– Co ty wygadujesz? Przecież jesteśmy rodziną!
– Właśnie dlatego oczekuję szacunku.
Wyszedł trzaskając drzwiami. Tomek wrócił tego dnia wcześniej niż zwykle. Usiadł obok mnie na kanapie i długo milczał.
– Przepraszam – powiedział w końcu cicho. – Nie wiedziałem, że to aż tak źle wygląda.
– Ja też nie… Ale już wiem jedno: nawet rodzina ma swoje granice.
Od tamtej pory Damian się nie odezwał. Dzieci znów zaczęły śmiać się w domu, Tomek częściej zostaje z nami wieczorami. Ale we mnie została rana i pytanie: gdzie kończy się lojalność wobec rodziny, a zaczyna troska o siebie i swoich najbliższych? Czy naprawdę musimy wszystko znosić tylko dlatego, że ktoś jest „nasz”? Co wy byście zrobili na moim miejscu?