Iskra wśród popiołów: Jak Dzień Kobiet prawie skończył się tragedią w mojej rodzinie
Już od pierwszego kroku na klatce schodowej wiedziałam, że coś jest nie tak. Dym gryzł mnie w gardło, a na półpiętrze spotkałam sąsiadkę, panią Jadwigę, która z przerażeniem szeptała: – Pani Marto, tam się chyba coś pali! – i wskazała na moje drzwi. Zamarłam. W głowie miałam tylko jedno: dzieci! Wpadłam do mieszkania jak burza, rzucając torbę na podłogę.
– Kuba! Zosia! – krzyknęłam, rozglądając się po zadymionym przedpokoju. Z kuchni dobiegł mnie kaszel i przekleństwa mojego męża, Andrzeja. Wbiegłam tam i zobaczyłam go w samych spodniach od dresu, z mokrym ręcznikiem na głowie, próbującego tłumić płomienie na patelni. Na podłodze leżała rozlana woda, a po niej ślizgał się nasz kot, Felek, wyjąc jak opętany.
– Co tu się dzieje?! – wrzasnęłam, chwytając za gaśnicę stojącą pod zlewem.
– Marta, spokojnie! To tylko… niespodzianka… – Andrzej próbował się tłumaczyć, ale jego głos był cienki jak nitka.
– Niespodzianka?! Ty chyba oszalałeś! – wykrzyczałam, gasząc ogień i czując, jak adrenalina zalewa mi żyły.
W tym momencie do kuchni wbiegła Zosia z płaczem:
– Mamo! Felek był zamknięty w pralce! Tata go tam wsadził!
Zamarłam. Spojrzałam na Andrzeja z niedowierzaniem.
– To nie tak! On sam tam wlazł! Chciałem tylko zrobić pranie… – tłumaczył się Andrzej, ale widziałam w jego oczach panikę.
Kuba stał w drzwiach z telefonem w ręku:
– Mamo, dzwonić po straż?
– Nie! – wrzasnął Andrzej. – Już po wszystkim!
Ale nie było po wszystkim. W salonie śmierdziało spalenizną, a na stole leżały resztki czegoś, co miało być tortem. Obok stała butelka szampana – rozbita, a szkło wbite w dywan. Zosia tuliła Felka, który był cały mokry i drżał jak osika.
– Chciałem zrobić wam niespodziankę na Dzień Kobiet… – Andrzej spuścił głowę. – Upiekłem ciasto, zrobiłem obiad… Ale wszystko poszło nie tak. Pralka się zepsuła, kot wlazł do środka, a potem zapomniałem o patelni…
Poczułam narastającą złość. To nie był pierwszy raz, kiedy Andrzej próbował „pomóc” i kończyło się katastrofą. Ale tym razem przelał czarę goryczy.
– Ty wiesz, że mogłeś nas wszystkich zabić?! – krzyknęłam. – Gdyby nie sąsiadka, nawet bym nie wiedziała, że tu się pali!
Andrzej próbował mnie objąć:
– Przepraszam… Chciałem dobrze…
Odepchnęłam go. Wtedy zadzwonił domofon. To była moja teściowa.
– Marta! Co się dzieje? Jadwiga mówiła, że dym leci z waszego mieszkania!
Wpuściłam ją niechętnie. Weszła jak burza i od razu zaczęła krzyczeć:
– Andrzej! Ty znowu coś narozrabiałeś?! Ile razy mam powtarzać: zostaw kuchnię Marcie!
Andrzej spuścił wzrok i mruknął:
– Mamo, to nie twoja sprawa…
Ale ona już była w swoim żywiole:
– Nie moja sprawa?! A czyja? Gdybyś słuchał matki, to by się nic nie spaliło!
Zosia zaczęła płakać jeszcze głośniej. Kuba próbował ją uspokoić:
– Zosiu, chodź do mnie… Tata nie chciał źle.
Teściowa podeszła do mnie i ściszyła głos:
– Marta, ja ci współczuję. Z takim chłopem to tylko kłopoty…
Zacisnęłam zęby. Od lat słyszałam te same teksty. Zawsze ja byłam ta biedna żona, a Andrzej wiecznym chłopcem. Ale dziś miałam dość.
– Proszę pani – powiedziałam stanowczo – to jest mój dom i moja rodzina. Poradzimy sobie bez pani rad.
Teściowa oburzyła się:
– No ładnie! Tak się teraz do matki mówi?!
Andrzej próbował ją uciszyć:
– Mamo, daj spokój…
Ale ona już była obrażona na śmierć i życie.
W tym momencie zadzwonił telefon Kuby. To była moja mama.
– Kuba? Co się dzieje? Jadwiga mówiła… – usłyszałam jej głos przez głośnik.
– Babciu, tata prawie spalił dom… – powiedział Kuba bez ogródek.
Usiadłam na krześle i ukryłam twarz w dłoniach. Czułam się jak w jakimś absurdalnym teatrze rodzinnym: wszyscy gadają naraz, każdy wie lepiej, a ja mam ochotę wyjść i nigdy nie wrócić.
W końcu zebrałam się w sobie:
– Cisza! – krzyknęłam tak głośno, że nawet Felek przestał miauczeć.
Wszyscy spojrzeli na mnie zdziwieni.
– Dość tego cyrku! Andrzej – posprzątaj kuchnię i salon. Kuba – pomóż siostrze z kotem. Pani Mario (do teściowej) – jeśli chce pani pomóc, proszę zrobić herbatę dla wszystkich. Ja idę się przewietrzyć.
Wyszłam na balkon i głęboko oddychałam zimnym powietrzem. W głowie kłębiły mi się myśli: czy naprawdę tak wygląda moje życie? Czy zawsze będę tą odpowiedzialną, która musi wszystko ratować?
Po chwili dołączyła do mnie Zosia:
– Mamo… Tata naprawdę chciał dobrze…
Przytuliłam ją mocno.
– Wiem kochanie. Ale czasem dobre chęci to za mało.
Z kuchni dobiegły mnie odgłosy sprzątania i ciche kłótnie Andrzeja z teściową. Kuba śmiał się przez łzy z Felka, który próbował wysuszyć futro przy kaloryferze.
Po godzinie mieszkanie wyglądało już lepiej. Usiedliśmy wszyscy przy stole z herbatą i resztkami ciasta (które okazało się niejadalne). Przez chwilę panowała cisza.
Andrzej spojrzał na mnie niepewnie:
– Marta… Jeszcze raz przepraszam. Chciałem ci pokazać, że potrafię być dobrym mężem… Że umiem coś zrobić dla ciebie…
Popatrzyłam mu prosto w oczy:
– Może czasem wystarczy po prostu być przy mnie? Bez fajerwerków?
Teściowa chrząknęła znacząco:
– No właśnie!
Spojrzałam na nią ostrzegawczo i dodałam:
– Ale doceniam starania. Tylko następnym razem – mniej ognia, więcej serca.
Zosia zachichotała przez łzy:
– I żadnych kotów w pralce!
Wszyscy wybuchliśmy śmiechem. Nawet Felek zamruczał cicho pod stołem.
Wieczorem leżałam już sama w łóżku i myślałam o tym dniu. O rodzinnych konfliktach, o tym jak łatwo jedna iskra może rozpalić nie tylko ogień w kuchni, ale też stare żale i pretensje. Czy naprawdę potrafimy wybaczać sobie błędy? Czy umiemy śmiać się z własnych porażek?
A może właśnie takie dni pokazują nam najwięcej o nas samych? Co wy o tym myślicie? Czy każda rodzina musi czasem przejść przez własny pożar?