Moja synowa zamieniła nasz dom w niekończącą się imprezę, a mój syn milczy. Czy naprawdę nie widzi, co się dzieje?
— Maria, nie przesadzaj, przecież młodzi muszą się wyszaleć — usłyszałam głos męża zza kuchennego stołu, kiedy po raz kolejny próbowałam zebrać porozrzucane puszki po piwie i talerze z resztkami chipsów. Wczoraj znowu była impreza. Trzecia w tym tygodniu. Siedziałam na brzegu łóżka, ściskając w dłoni kubek zimnej już herbaty, i zastanawiałam się, kiedy nasz dom przestał być domem, a stał się klubem towarzyskim dla znajomych Agnieszki.
Paweł, mój syn, zawsze był spokojny. Studiował informatykę na Politechnice Poznańskiej, nigdy nie sprawiał problemów. Kiedy przyprowadził Agnieszkę do domu, cieszyłam się — była uśmiechnięta, energiczna, wydawała się wnosić do jego życia coś nowego. Ale od kiedy zamieszkali z nami po ślubie, wszystko się zmieniło.
— Mamo, to tylko kilka osób — mówił Paweł, kiedy próbowałam z nim rozmawiać. — Agnieszka potrzebuje kontaktu z ludźmi, wiesz przecież, że jej rodzina mieszka daleko.
Ale to nie było „kilka osób”. W piątkowe wieczory przez nasz salon przewijało się kilkanaście osób: głośna muzyka, śmiechy do późnej nocy, zapach papierosów w korytarzu. Sąsiedzi zaczęli się skarżyć. Pani Kowalska z dołu przestała się ze mną witać na klatce schodowej. Czułam wstyd i bezsilność.
Pewnego wieczoru usłyszałam rozmowę Agnieszki przez telefon:
— No jasne, przychodźcie! Moja teściowa i tak nic nie powie. Paweł ją zawsze przekona.
Zamarłam. Czy naprawdę tak mnie postrzegała? Jako kogoś słabego, kogo można ignorować? Przez chwilę miałam ochotę wejść do salonu i wykrzyczeć jej wszystko prosto w twarz. Ale powstrzymałam się. Bałam się reakcji Pawła. Bałam się, że jeśli wybuchnę, on stanie po stronie żony i stracę go na zawsze.
Z czasem zaczęłam unikać własnego domu. Wracałam później z pracy, szukałam pretekstów, żeby zostać dłużej na zakupach. Mój mąż zamknął się w swoim świecie — telewizor i krzyżówki były jego ucieczką od problemów. Ja nie potrafiłam tak po prostu przestać czuć.
Pewnego dnia sąsiadka zapukała do drzwi.
— Pani Mario, ja wszystko rozumiem, młodzi muszą się bawić… Ale to już przesada. W nocy nie da się spać! — mówiła podenerwowana.
Obiecałam jej, że porozmawiam z Pawłem. Tylko jak? On zawsze unikał trudnych rozmów. Kiedy próbowałam delikatnie zasugerować, że może powinni wynająć mieszkanie tylko dla siebie, Paweł patrzył na mnie jak na obcą osobę.
— Mamo, przecież wiesz, że nas nie stać. Agnieszka dopiero zaczęła pracę. Daj nam trochę czasu.
Czas mijał, a sytuacja tylko się pogarszała. Zaczęłam mieć problemy ze snem. Budziłam się w środku nocy i słuchałam śmiechów zza ściany. Czułam się jak intruz we własnym domu.
W końcu nadszedł dzień, kiedy nie wytrzymałam. Była sobota rano. W kuchni panował bałagan po kolejnej imprezie. Agnieszka siedziała przy stole z telefonem w ręku i nawet nie spojrzała na mnie.
— Agnieszko — zaczęłam drżącym głosem — czy możesz mi powiedzieć, kiedy zamierzacie posprzątać po wczorajszym?
Spojrzała na mnie z irytacją.
— Zaraz to ogarnę. Przecież to tylko trochę bałaganu.
— To nie jest „tylko trochę”. To jest nasz dom! — podniosłam głos bardziej niż chciałam.
W tym momencie wszedł Paweł.
— Mamo, co się dzieje?
— Co się dzieje? — powtórzyłam z goryczą. — Od miesięcy żyjemy w chaosie! Sąsiedzi mają dość, ja mam dość! To nie jest normalne!
Paweł spojrzał na mnie bezradnie.
— Mamo… Przesadzasz…
Poczułam łzy napływające do oczu. Wyszłam z kuchni i zamknęłam się w łazience. Siedziałam na zimnych kafelkach i płakałam jak dziecko. Po raz pierwszy od lat poczułam się naprawdę samotna.
Wieczorem Paweł przyszedł do mojego pokoju.
— Mamo… Przepraszam. Nie wiedziałem, że aż tak ci to przeszkadza…
Spojrzałam na niego przez łzy.
— Pawle… Ja cię kocham i chcę twojego szczęścia. Ale czy ty naprawdę tego nie widzisz? Czy naprawdę nie widzisz, jak bardzo cierpię?
Nie odpowiedział. Wyszedł bez słowa.
Od tamtej pory coś się zmieniło. Imprez było mniej, ale atmosfera w domu stała się ciężka jak nigdy wcześniej. Agnieszka unikała mnie wzrokiem, Paweł był zamknięty w sobie. Zaczęli rozglądać się za mieszkaniem do wynajęcia.
Czasem zastanawiam się, czy dobrze zrobiłam. Czy powinnam była milczeć dla świętego spokoju? Czy może powinnam była powiedzieć wszystko dużo wcześniej?
Może wy mi powiecie: czy można być szczerym wobec własnych dzieci bez ryzyka utraty ich miłości? Czy rodzina naprawdę znaczy tyle samo dla wszystkich?