Jak „wygoniłem” teściową z domu bez jednego słowa sprzeciwu – historia o granicach, rodzinie i cichym buncie
Z hukiem zatrzasnęły się drzwi do łazienki. Znowu. Siedziałem na kanapie, ściskając w dłoni zimną już herbatę, gdy zza ściany dobiegł mnie głos mojej teściowej: – Michał, znowu zostawiłeś mokry ręcznik na pralce! Ile razy mam powtarzać? Wdech. Wydech. Policzyłem do dziesięciu. To był już trzeci raz tego dnia, kiedy usłyszałem od niej uwagę. A była dopiero dziesiąta rano.
Nie tak wyobrażałem sobie życie po ślubie z Anią. Mieliśmy być partnerami, drużyną, a nie… lokatorami w mieszkaniu mojej matki-in-law. Ale wszystko zaczęło się niewinnie. Po narodzinach naszej córeczki, Zosi, teściowa – pani Halina – zaproponowała pomoc. „Tylko na kilka tygodni, żebyście mogli się wyspać” – mówiła wtedy Ania, patrząc na mnie błagalnie. Zgodziłem się. Przecież to miało być tymczasowe.
Minęły trzy miesiące. Halina rozgościła się w naszym dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Ursynowie jak królowa. Miała swoją szafkę w kuchni, swoje miejsce na kanapie, swoje zasady. A ja? Ja coraz częściej czułem się jak gość we własnym domu.
– Michał, nie przesadzaj – powtarzała Ania, gdy próbowałem z nią rozmawiać wieczorami. – Mama tylko pomaga. Bez niej bym zwariowała.
Ale ja wariowałem szybciej niż ona. Każdy dzień zaczynał się od dźwięku jej kapci sunących po panelach i zapachu kawy, której nie lubiłem. Każda rozmowa kończyła się jej westchnieniem: „Za moich czasów…”. Nawet Zosia zaczęła mówić do mnie „dziadek”, bo Halina tak często poprawiała mnie przy dziecku.
Pewnego wieczoru, kiedy wróciłem z pracy i zobaczyłem, że Halina przestawiła nasze łóżko pod inną ścianę „bo tak lepiej feng shui”, coś we mnie pękło.
– Aniu, musimy pogadać – powiedziałem stanowczo.
– Michał, nie teraz, mama usypia Zosię…
– Właśnie o to chodzi! To nasza córka! Nasze mieszkanie!
– Przesadzasz…
Wyszedłem na balkon i zapaliłem papierosa, choć rzuciłem palenie lata temu. Czułem się jak intruz w swoim życiu. Zacząłem nawet unikać powrotów do domu – zostawałem dłużej w pracy, szukałem pretekstów do wyjścia z kolegami.
W końcu przyszedł dzień, kiedy nie wytrzymałem.
Była sobota rano. Halina weszła do kuchni i bez słowa zaczęła przekładać moje rzeczy z jednej półki na drugą.
– Mamo! – Ania próbowała ją powstrzymać.
– Cicho, kochanie, ja tu tylko porządkuję.
– Ale to Michał tu trzyma swoje rzeczy…
– On się przyzwyczai.
Spojrzałem na Anię. W jej oczach widziałem zmęczenie i rezygnację. Wiedziałem, że nie mogę liczyć na jej wsparcie. Musiałem działać sam.
Przez kolejne dni obserwowałem Halinę uważnie. Miała swoje rytuały: poranna kawa o 7:00, seriale o 10:00, drzemka po obiedzie. Była przewidywalna jak zegarek. I wtedy wpadłem na pomysł.
Zacząłem wprowadzać drobne zmiany w mieszkaniu. Przestawiłem zegar kuchenny o godzinę do przodu. Przeprogramowałem telewizor tak, by ulubione kanały Haliny znikały z listy. W lodówce pojawiały się produkty, których nie znosiła – tofu zamiast schabu, mleko sojowe zamiast krowiego.
Pierwszego dnia Halina była tylko lekko poirytowana.
– Kto mi przestawił zegar? – zapytała głośno.
– Może się rozładował – odpowiedziałem niewinnie.
Drugiego dnia była już wyraźnie zdenerwowana.
– Gdzie jest mój serial? Dlaczego nie mogę znaleźć TVP Kobieta?
– Może awaria? – wzruszyłem ramionami.
Trzeciego dnia zaczęła narzekać na jedzenie.
– Co to za paskudztwo? Nie ma normalnego mleka?
– Ania mówiła, że chce spróbować diety roślinnej – skłamałem bez mrugnięcia okiem.
Ania patrzyła na mnie podejrzliwie, ale milczała. Wiedziała już chyba, że coś kombinuję.
Kulminacja nastąpiła tydzień później. Halina obudziła się rano i zobaczyła na lodówce kartkę: „Dziś dzień ciszy – eksperyment psychologiczny dla dobra rodziny”. Pod spodem podpis: „Zosia” (oczywiście napisałem to sam).
Halina przez cały dzień chodziła jak struta. Nie mogła komentować, poprawiać ani narzekać – bo przecież „dzień ciszy”! Wieczorem usiadła przy stole i powiedziała:
– Ja tu chyba nie pasuję…
Ania spojrzała na mnie z wyrzutem:
– Michał…
Ale ja tylko wzruszyłem ramionami:
– Mamo, jeśli czujesz się źle… Może odpoczniesz u siebie? Zawsze możesz wrócić w odwiedziny.
Halina spakowała walizkę jeszcze tego samego wieczoru. Nie było awantury, nie było łez – tylko ciche zamknięcie drzwi i pustka w mieszkaniu.
Przez pierwsze dni było dziwnie cicho. Ania była oschła, Zosia marudziła przy zasypianiu. Ale po tygodniu wszystko zaczęło wracać do normy. Zaczęliśmy rozmawiać bez świadków, śmiać się z głupot w telewizji i jeść to, na co mieliśmy ochotę.
Halina odwiedza nas teraz raz w tygodniu – zawsze zapowiadając się wcześniej. Czasem przynosi ciasto albo zabiera Zosię na spacer. Nasze relacje są poprawne – może nawet lepsze niż wtedy, gdy mieszkała z nami.
Często zastanawiam się jednak: czy zrobiłem dobrze? Czy granice można stawiać tylko podstępem? A może wystarczyło po prostu powiedzieć „dość”? Co wy byście zrobili na moim miejscu?