Złamane skrzydła: Walka Katarzyny o własne życie
– Znowu wracasz tak późno? – Piotr stał w progu kuchni, z założonymi rękami i tym swoim chłodnym spojrzeniem, które zawsze sprawiało, że czułam się winna. Mimo że to ja pracowałam dziś do dwudziestej, to ja jeszcze po drodze zrobiłam zakupy i odebrałam dzieci od mamy. – Przecież mówiłam ci rano, że mam zebranie w pracy – odpowiedziałam cicho, próbując nie patrzeć mu w oczy. Wiedziałam, co będzie dalej. Zawsze było tak samo.
W tej chwili poczułam, jakby ktoś ścisnął mnie za gardło. Zmęczenie rozlewało się po całym ciele, a łzy cisnęły się do oczu. Chciałam tylko usiąść na chwilę w ciszy, ale wiedziałam, że nie mogę. Piotr już zaczynał swoją tyradę: o tym, że nie dbam o dom, że dzieci są zaniedbane, że on też jest zmęczony i nikt go nie rozumie. Słuchałam tego od lat. Najpierw myślałam, że to minie, że to tylko trudny okres. Ale ten okres trwał już pięć lat.
Kiedyś byliśmy szczęśliwi. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie – on był duszą towarzystwa, ja raczej cicha i nieśmiała. Przy nim poczułam się wyjątkowa. Szybko zamieszkaliśmy razem, potem ślub, dzieci… I nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Piotr coraz częściej wracał zły z pracy, wyżywał się na mnie słowami. Zaczęłam chodzić na palcach po mieszkaniu, byle go nie zdenerwować.
Praca w szkole dawała mi satysfakcję, ale też zabierała mnóstwo energii. Po powrocie do domu czekały na mnie obowiązki: pranie, gotowanie, lekcje z dziećmi. Piotr twierdził, że skoro pracuję tylko „na pół etatu”, powinnam wszystko ogarniać sama. On przecież „zarabia na rodzinę”. Tylko że jego zarobki ledwo starczały na czynsz i rachunki.
Najgorsze były weekendy u teściowej. Pani Halina nigdy mnie nie lubiła. – Katarzyno, dzieci są takie rozbrykane… Może powinnaś mniej pracować? – mówiła z uśmiechem pełnym jadu. Piotr kiwał głową i patrzył na mnie z wyrzutem. Czułam się coraz bardziej samotna.
Moja mama próbowała mnie wspierać. – Kasiu, musisz pomyśleć o sobie – powtarzała. Ale jak miałam to zrobić? Bałam się zostać sama z dwójką dzieci i kredytem na mieszkanie. Bałam się opinii rodziny i znajomych. Wszyscy mówili: „Małżeństwo to kompromis”.
Pewnego wieczoru usiadłam w łazience na zimnych kafelkach i płakałam tak cicho, żeby dzieci nie słyszały. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: „Nie chcę już tak żyć”. Ale co dalej? Czy dam radę sama?
Zaczęłam szukać pomocy w internecie. Trafiłam na forum dla kobiet w trudnych związkach. Czytałam historie innych – były tak podobne do mojej! Poczułam ulgę i strach jednocześnie. Może nie jestem sama? Może to nie ze mną jest coś nie tak?
W pracy zauważyła to pani Basia z sekretariatu. – Kasiu, wyglądasz na bardzo zmęczoną… Jeśli chcesz pogadać, jestem tu – powiedziała pewnego dnia. Przez chwilę miałam ochotę się otworzyć, ale wstyd był silniejszy.
Wszystko zmieniło się pewnej nocy zimą. Piotr wrócił pijany i zaczął krzyczeć na dzieci, bo zostawiły zabawki w salonie. Wtedy coś we mnie pękło. Stanęłam między nim a synkiem i powiedziałam: – Dość! Nie pozwolę ci więcej krzyczeć na nasze dzieci!
Piotr spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Ty mi będziesz mówić, co mam robić? – syknął i wyszedł trzaskając drzwiami.
Tej nocy nie spałam ani minuty. Rano zadzwoniłam do mamy i powiedziałam wszystko. Płakała razem ze mną przez telefon.
– Kasiu, przyjedź do mnie z dziećmi choć na kilka dni – poprosiła.
Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam z mieszkania po raz pierwszy bez poczucia winy. Dzieci były przestraszone, ale trzymały mnie za ręce mocno.
U mamy poczułam spokój po raz pierwszy od lat. Rozmawiałyśmy długo o wszystkim. Mama namówiła mnie na wizytę u psychologa. Bałam się, ale poszłam.
– Pani Katarzyno, to nie pani jest winna tej sytuacji – usłyszałam od pani Magdy już na pierwszym spotkaniu. – Ma pani prawo do szczęścia.
Te słowa długo dźwięczały mi w głowie.
Piotr dzwonił codziennie, groził i błagał na zmianę. Próbował przekonać mnie do powrotu obietnicami poprawy. Ale ja już wiedziałam: nie chcę wracać do tego życia.
Rozwód był trudny i bolesny. Rodzina Piotra obwiniała mnie o wszystko. Nawet moja siostra miała wątpliwości: – Może powinnaś spróbować jeszcze raz? Dla dzieci?
Ale ja już wiedziałam swoje.
Minął rok od tamtej nocy. Wynajmuję małe mieszkanie na obrzeżach miasta, pracuję więcej niż kiedykolwiek wcześniej, ale czuję się wolna. Dzieci śmieją się coraz częściej. Czasem jest ciężko – brakuje pieniędzy, brakuje czasu dla siebie… Ale patrzę w lustro i widzę kobietę, która przestała się bać.
Czasem zastanawiam się: ile kobiet żyje tak jak ja kiedyś? Ile z nas boi się zrobić pierwszy krok? Czy naprawdę musimy wybierać między własnym szczęściem a opinią innych?
Może warto czasem złamać skrzydła tylko po to, by nauczyć się latać na nowo?