Mój syn chce, żebym sprzątała u niego za pieniądze – czy naprawdę na to zasłużyłam?

– Mamo, czy możesz do nas wpaść w sobotę? – głos Wojtka drżał lekko przez telefon. – Ale nie tak po prostu… Chciałem zapytać, czy nie mogłabyś… no wiesz… trochę nam pomóc. Posprzątać. Zapłacimy ci.

Zamarłam. Stałam w kuchni, ścierka do naczyń zwisała mi z dłoni. Przez okno widziałam, jak sąsiadka podlewa pelargonie. Zawsze zazdrościłam jej tej zwykłej, spokojnej codzienności. A ja? Ja właśnie usłyszałam od własnego syna, że mam być sprzątaczką w jego domu. Za pieniądze.

– Wojtek, czy ty siebie słyszysz? – wycedziłam przez zęby. – Chcesz, żebym była twoją gosposią?

– Mamo, nie o to chodzi! – bronił się nerwowo. – Po prostu… Aleksandra ma teraz dużo pracy, ja też… A ty zawsze tak świetnie sobie radzisz z domem. Chcemy ci zapłacić, żebyś nie czuła się wykorzystywana.

W tle słyszałam cichy szmer telewizora i głos Aleksandry: „Powiedz jej, że to tylko na chwilę!”

Odłożyłam słuchawkę bez słowa. Łzy napłynęły mi do oczu. Przypomniałam sobie, jak Wojtek był mały i biegał po mieszkaniu z rozmazanym dżemem na buzi. Jak tulił się do mnie po koszmarach. Jak obiecywał, że zawsze będę dla niego najważniejsza.

A teraz? Teraz miałam być pomocą domową w jego własnym domu. Za pieniądze.

Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, rozmyślając o tym, gdzie popełniłam błąd. Czy to dlatego, że zawsze wszystko robiłam za niego? Czy może Aleksandra tak go ustawiła?

Następnego dnia zadzwoniła do mnie moja siostra, Basia.

– Słyszałam od mamy, że Wojtek chce ci płacić za sprzątanie? – zapytała z niedowierzaniem.

– Tak – odpowiedziałam cicho. – Nie wiem już, co mam robić.

– Nie daj się! – syknęła Basia. – To twoja rodzina, nie klienci!

Ale ja nie byłam taka pewna. Zawsze chciałam być blisko Wojtka, nawet jeśli oznaczało to znoszenie Aleksandry i jej wiecznych pretensji o wszystko: o to, że zupa za słona, że firanki źle wyprasowane, że Wojtek za dużo rozmawia ze mną przez telefon.

Przez kolejne dni unikałam kontaktu z synem. W końcu jednak zadzwonił ponownie.

– Mamo… Proszę cię. To tylko na jakiś czas. Aleksandra jest przemęczona…

– A ty? – przerwałam mu ostro. – Ty też nie masz czasu na własny dom?

– Pracuję po godzinach…

– A może powinniście po prostu nauczyć się dzielić obowiązki? – zapytałam gorzko.

Cisza po drugiej stronie była wymowna.

W końcu zgodziłam się przyjść w sobotę. Chciałam zobaczyć ich na własne oczy. Może coś zrozumiem.

Kiedy weszłam do mieszkania Wojtka i Aleksandry, uderzył mnie chaos: brudne naczynia piętrzyły się w zlewie, pranie leżało na podłodze, a Aleksandra siedziała przy komputerze z miną męczennicy.

– Dzień dobry, pani Zosiu – rzuciła chłodno. Nawet nie spojrzała mi w oczy.

Wojtek próbował udawać normalność:

– Mamo, kawa? Zaraz ci pokażę, gdzie co leży…

Patrzyłam na nich i czułam narastający bunt. Czy naprawdę tak wygląda dorosłość mojego syna? Czy naprawdę nie potrafią zadbać o własny dom?

Zaczęłam sprzątać w milczeniu. Aleksandra co chwilę zerkała na mnie znad laptopa.

– Proszę nie ruszać tych papierów – rzuciła oschle.

Wojtek próbował rozładować atmosferę:

– Mamo, może usiądziesz na chwilę?

Ale ja już wiedziałam, że coś we mnie pękło. Nie chciałam być tylko „mamą od sprzątania”.

Po godzinie rzuciłam ścierkę na blat.

– Dość! – powiedziałam stanowczo. – Nie jestem waszą służącą! Jeśli macie problem z domem, rozwiążcie go sami!

Wojtek pobladł.

– Mamo…

Aleksandra spojrzała na mnie z pogardą:

– Skoro nie chce pani pomóc synowi…

– Pomagałam mu całe życie! – krzyknęłam przez łzy. – Ale teraz widzę, że czas przestać!

Wyszłam trzaskając drzwiami.

Przez kolejne dni Wojtek nie dzwonił. Bolało mnie to bardziej niż cokolwiek innego. Zastanawiałam się, czy straciłam syna na zawsze.

Po tygodniu przyszedł do mnie niespodziewanie.

– Mamo… Przepraszam – powiedział cicho. – Nie powinienem był cię o to prosić. Po prostu… czuję się zagubiony. Aleksandra ciągle narzeka, że nic nie robię w domu… Ja próbuję… Ale ona mówi, że ty byś wszystko zrobiła lepiej…

Usiadłam naprzeciwko niego i pierwszy raz od dawna zobaczyłam w nim tego małego chłopca sprzed lat.

– Wojtku… Musicie nauczyć się żyć razem bez mojej pomocy. Ja już swoje zrobiłam.

Objął mnie mocno i płakał jak dziecko.

Nie wiem, jak potoczą się ich losy. Może Aleksandra nigdy mnie nie zaakceptuje. Może Wojtek będzie musiał dorosnąć szybciej niż myślał.

Ale wiem jedno: czasem trzeba pozwolić dzieciom popełniać własne błędy.

Czy naprawdę matka powinna zawsze ratować swoje dorosłe dzieci? A może czasem lepiej pozwolić im upaść i nauczyć się podnieść samodzielnie?