Po rozwodzie zostałam z kredytem, dziećmi i ciszą: On wyjechał do nowego życia, a ja uczę się oddychać od nowa

– Już nie mogę. Potrzebuję zmiany. Innego życia.

Te słowa wypowiedział Michał, mój mąż od trzynastu lat, patrząc mi prosto w oczy. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, dzieci spały za ścianą, a ja czułam, jakby ktoś wyciągnął mi dywan spod nóg. Przez chwilę miałam nadzieję, że to żart, że zaraz się uśmiechnie i powie: „No co ty, przecież żartuję”. Ale nie. Jego twarz była poważna, zmęczona. W oczach nie widziałam już czułości, tylko rezygnację.

– Michał, co ty mówisz? – szepnęłam, bo głos ugrzązł mi w gardle. – Przecież… przecież mamy trudny czas. Dzieci, kredyt, praca… Każdy teraz tak ma.

– Nie każdy – odpowiedział cicho. – Ja już nie chcę tak żyć. Potrzebuję czegoś innego.

Nie płakałam wtedy. Nawet nie krzyczałam. Siedziałam jak sparaliżowana, słuchając, jak tłumaczy mi, że to nie moja wina, że to on się pogubił, że musi spróbować jeszcze raz – gdzieś indziej, z kimś innym albo sam. Potem poszedł spać na kanapie. Rano spakował walizkę i wyszedł. Zostawił mi klucze na stole.

Przez pierwsze dni funkcjonowałam jak automat. Wstawałam o szóstej, szykowałam śniadanie dla dzieci – Zosi i Antka – potem odwoziłam ich do przedszkola i szkoły, jechałam do pracy w urzędzie miasta. Wracałam do pustego mieszkania i słyszałam tylko ciszę. Nawet zegar na ścianie wydawał się tykać głośniej niż zwykle.

Najgorsze były wieczory. Kiedy dzieci zasypiały, a ja zostawałam sama z myślami. Przeglądałam stare zdjęcia na telefonie – uśmiechnięte twarze z wakacji nad Bałtykiem, święta u teściów w Lublinie, pierwsze kroki Antka… I pytałam siebie: gdzie popełniłam błąd? Czy mogłam coś zrobić inaczej?

Mama dzwoniła codziennie.

– Aniu, musisz być silna. Dla dzieci. Dla siebie.

Ale ja nie czułam się silna. Czułam się jak wrak człowieka. Kredyt hipoteczny na mieszkanie wisiał nade mną jak miecz Damoklesa. Michał obiecał płacić swoją część alimentów i raty przez pół roku – potem miał „zacząć nowe życie” w Gdańsku i „zobaczymy”.

Zosia miała siedem lat i zadawała pytania:

– Mamo, kiedy tata wróci?
– Nie wiem, kochanie…
– Ale przecież tata mówił, że zawsze będzie z nami.

Nie umiałam jej odpowiedzieć. Antoś był młodszy, miał cztery lata i bardziej przeżywał rozstanie fizycznie – zaczął moczyć się w nocy, płakał bez powodu.

W pracy udawałam twardą. Koleżanki patrzyły na mnie ze współczuciem.

– Anka, jak ty to ogarniasz? Ja bym nie dała rady.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Po prostu robiłam swoje – wypełniałam papiery, odbierałam telefony od petentów, uśmiechałam się sztucznie do szefa.

Wieczorami zaczęłam pisać pamiętnik. Wylewałam z siebie żal i złość:

„Michał odszedł. Zostawił mnie z kredytem i dwójką dzieci. Nie wiem, czy dam radę. Boję się przyszłości.”

Pewnego dnia zadzwoniła teściowa.

– Aniu… Michał mówił mi o wszystkim. Wiesz… on zawsze był taki… pogubiony. Ale ty jesteś silna dziewczyna. Jakbyś czegoś potrzebowała…

Nie wiedziałam, czy mam się śmiać czy płakać. Teściowa była dla mnie zawsze jak druga mama, ale teraz czułam do niej żal – za to, że wychowała syna, który potrafił tak po prostu odejść.

Minęły tygodnie. Michał dzwonił coraz rzadziej. Najpierw co drugi dzień do dzieci – potem raz w tygodniu. W końcu przestał odbierać moje telefony.

Zaczęły się problemy finansowe. Rata kredytu rosła przez podwyżki stóp procentowych. Alimenty przychodziły nieregularnie. Musiałam prosić rodziców o pomoc.

Któregoś dnia Zosia wróciła ze szkoły zapłakana:

– Mamo… dzieci powiedziały, że tata nas nie chce…

Przytuliłam ją mocno i płakałyśmy razem na kanapie.

W weekendy jeździliśmy do moich rodziców na wieś pod Puławami. Tam dzieci biegały po ogrodzie i choć na chwilę zapominały o wszystkim. Ja siedziałam z mamą przy kuchennym stole i rozmawiałyśmy godzinami.

– Aniu… życie nie kończy się na jednym mężczyźnie – powtarzała mama. – Jesteś młoda, dasz radę.

Ale ja nie chciałam słuchać o nowych związkach czy randkach z Tindera (koleżanki próbowały mnie namówić). Chciałam tylko spokoju – żeby dzieci były szczęśliwe, żeby nie bać się jutra.

Pewnej nocy obudził mnie płacz Antka.

– Mamo… śniło mi się, że tata wrócił…

Przytuliłam go mocno i poczułam łzy na policzkach.

Czas mijał powoli. Nauczyłam się robić wszystko sama – naprawiać cieknący kran, rozliczać PIT-y, negocjować z bankiem o przesunięcie raty kredytu. Zaczęłam chodzić na spacery po osiedlu wieczorami – patrzyłam na światła w oknach innych mieszkań i zastanawiałam się, ile tam jest takich kobiet jak ja.

Któregoś dnia spotkałam sąsiadkę z parteru – panią Halinę.

– Pani Aniu… życie jest trudne, ale trzeba walczyć o siebie. Ja też zostałam sama z dzieckiem czterdzieści lat temu. Da się żyć dalej.

Te słowa zapadły mi w pamięć.

Dziś mija rok od tamtego wieczoru przy kuchennym stole. Michał mieszka w Gdańsku z nową partnerką – dowiedziałam się przypadkiem przez Facebooka. Dzieci już nie pytają codziennie o tatę. Ja nauczyłam się oddychać od nowa – czasem głęboko, czasem płytko, ale zawsze do przodu.

Cisza w mieszkaniu już mnie nie przeraża – czasem nawet ją lubię. Nadal boję się przyszłości i czasem budzę się w nocy z lękiem o jutro… Ale wiem jedno: przetrwałam najgorsze.

Czy można nauczyć się być szczęśliwą po takim końcu? Czy samotność może być początkiem czegoś dobrego? Może ktoś z Was zna odpowiedź…