Kiedy teściowa zamieszkała z nami: Historia rodziny z warszawskiego blokowiska
– Aniu, musimy porozmawiać – powiedział Michał pewnego styczniowego ranka, kiedy jeszcze w piżamie próbowałam wypić kawę w naszej ciasnej kuchni na warszawskim Bródnie. W drzwiach stała jego mama, pani Helena, z dwoma wypchanymi torbami i plastikową reklamówką pełną domowych przetworów. Poczułam, jak serce zaczyna mi walić. Wiedziałam, że od tej chwili nic już nie będzie takie samo.
– Mama… nie może już mieszkać sama. Lekarz powiedział, że po tym zawale powinna być pod opieką. Przynajmniej na jakiś czas – Michał unikał mojego wzroku, a ja czułam, jak narasta we mnie panika.
Pani Helena uśmiechnęła się do mnie lekko zmieszana. – Aniu, wiem, że to dla was kłopot… Ale ja naprawdę nie mam gdzie pójść. – Jej głos drżał.
Przez pierwsze dni starałam się być uprzejma. Pani Helena gotowała rosół, piekła drożdżowe bułeczki i co chwilę pytała: „Pomóc ci w czymś, kochanie?” Ale już po tygodniu czułam się jak gość we własnym domu. W łazience pojawiły się jej kosmetyki i lekarstwa, w salonie leżały porozrzucane robótki na drutach. Nawet nasz kot, Felek, zaczął spać w jej pokoju.
Najgorsze przyszło po narodzinach naszej córki, Zosi. Wszyscy byliśmy szczęśliwi – przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz. Ale pani Helena zaczęła rządzić wszystkim: „Nie tak przewijaj! Nie tak karm! Za zimno jej!” Czułam się coraz bardziej bezradna. Pewnej nocy, kiedy Zosia płakała bez przerwy, zamknęłam się w łazience i rozpłakałam się z bezsilności.
Michał próbował mnie pocieszać: – Mama tylko chce pomóc. Przecież nie robi tego ze złej woli.
Ale ja czułam się coraz bardziej samotna. Pani Helena coraz częściej narzekała do Michała: „Ania nie pozwala mi być babcią! Nie czuję się tu potrzebna!” Michał coraz częściej wychodził do pracy wcześniej i wracał później. Zaczęłam podejrzewać, że ucieka przed nami wszystkimi.
Pewnej niedzieli rano pani Helena weszła do naszej sypialni bez pukania. Karmiłam wtedy Zosię piersią.
– Aniu, źle ją trzymasz! Tak to ją tylko boli kręgosłup! – powiedziała stanowczo.
Coś we mnie pękło.
– To MOJE dziecko! Proszę nas zostawić! – krzyknęłam przez łzy.
Pani Helena obrażona zamknęła się w swoim pokoju na cały dzień. Michał wrócił wieczorem i od progu rzucił:
– Musiałaś zrobić awanturę? Mama tylko się martwi!
– A kto martwi się o mnie? – zapytałam cicho.
Przez kolejne tygodnie atmosfera była nie do zniesienia. Pani Helena coraz częściej płakała po kątach i mówiła Michałowi: „Twoja żona mnie nie chce!” Ja coraz częściej myślałam o tym, żeby zabrać Zosię i wyjechać do mojej mamy na wieś.
W końcu zebrałam się na odwagę i usiadłam z Michałem przy kuchennym stole.
– Tak dalej być nie może. Albo znajdziemy mamie mieszkanie w pobliżu i będziemy jej pomagać na zmianę, albo ja naprawdę odejdę. Nie dam rady dłużej tak żyć.
Michał milczał długo. W końcu powiedział:
– A jeśli coś jej się stanie?
– A jeśli coś stanie się nam? Naszej rodzinie? – odpowiedziałam drżącym głosem.
Następnego dnia pani Helena przyszła do mnie do kuchni. Miała zaczerwienione oczy.
– Aniu… Ja wiem, że ci ciężko ze mną. Ale ja tylko chciałam pomóc… Przepraszam.
– Ja też przepraszam… Ale muszę mieć trochę miejsca dla siebie i dla Zosi. Inaczej zwariuję – odpowiedziałam szczerze.
Po tygodniu Michał znalazł dla swojej mamy kawalerkę dwa bloki dalej. Pomogliśmy jej się przeprowadzić. Pani Helena płakała przy pakowaniu rzeczy, a ja czułam dziwną pustkę i ulgę jednocześnie.
Przez kilka miesięcy nasze relacje były chłodne. Michał długo nie potrafił mi wybaczyć tej decyzji. Ale Zosia każdego ranka uśmiechała się do mnie szeroko i tuliła się mocno – to ona przypominała mi, że muszę walczyć o siebie i o naszą rodzinę.
Czy byłam egoistką? Czy powinnam była poświęcić swoje szczęście dla innych? A może właśnie wtedy nauczyłam się stawiać granice? Co wy byście zrobili na moim miejscu?