Cichy telefon w środku nocy – historia Kingi

Telefon zadzwonił o 2:17 w nocy. Przez chwilę myślałam, że to sen, ale dźwięk był zbyt realny, zbyt natarczywy. Sięgnęłam po komórkę, zaspana, zdezorientowana, a kiedy zobaczyłam na wyświetlaczu imię: „Marek”, serce zamarło mi w piersi. Przez ostatnie dwa lata nauczyłam się żyć bez niego. Odbudowałam siebie, krok po kroku, cegiełka po cegiełce, aż w końcu poczułam, że jestem cała. A teraz, w środku nocy, jego imię znów rozbiło mój świat na kawałki.

– Halo? – mój głos był cichy, prawie nieobecny.

Po drugiej stronie przez chwilę panowała cisza, tylko szum oddechu. W końcu usłyszałam jego głos, ten sam, który kiedyś był dla mnie wszystkim, a potem stał się obcy, zimny, raniący.

– Kinga… Przepraszam, że dzwonię. Musiałem. Nie mam do kogo zadzwonić.

Zacisnęłam powieki. Przez głowę przetoczyła mi się fala wspomnień: nasze pierwsze spotkanie na rynku w Krakowie, śmiech, wspólne plany, potem kłótnie, łzy, rozczarowania. I w końcu rozwód, podpisany w sądzie na ulicy Przy Rondzie, w sali, gdzie echo odbijało się od ścian jak nasze krzyki.

– Marek, jest środek nocy. Co się stało? – zapytałam, starając się, by mój głos był spokojny, choć w środku czułam, jak wszystko we mnie drży.

– Kinga, ja… – zawahał się. – Ojciec miał zawał. Jest w szpitalu. Mama nie odbiera. Nie wiem, co robić.

Przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Jego ojciec, pan Zbigniew, był dla mnie jak drugi tata. To on nauczył mnie, jak robić pierogi, to on zawsze powtarzał, że rodzina jest najważniejsza. Po rozwodzie nie widzieliśmy się ani razu. Marek odciął mnie od wszystkiego, nawet od ludzi, których kochałam.

– Przykro mi, Marek. Naprawdę. Ale… nie wiem, jak mogę ci pomóc – powiedziałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

– Po prostu… musiałem z kimś pogadać. Przepraszam, że cię budzę. Wiem, że nie powinienem. Ale nie mam nikogo.

W tej chwili poczułam coś, czego się nie spodziewałam – współczucie. Przecież kiedyś byliśmy rodziną. Przez chwilę chciałam mu powiedzieć, żeby przyjechał, że zrobię herbatę, że wszystko będzie dobrze. Ale wiedziałam, że to niemożliwe. Nie po tym wszystkim, co się wydarzyło.

– Marek, musisz być silny. Twój ojciec cię potrzebuje. Zadzwoń do siostry, do mamy. Ja… nie mogę już być tą osobą, która cię ratuje – powiedziałam, a głos mi się załamał.

Rozłączył się bez słowa. Zostałam sama w ciemności, z telefonem w dłoni i sercem, które biło jak oszalałe. Próbowałam zasnąć, ale obrazy z przeszłości wracały jak bumerang. Nasze mieszkanie na osiedlu w Nowej Hucie, wieczory przy winie, kiedy jeszcze wierzyliśmy, że wszystko się ułoży. Potem jego zdrada, moje łzy, długie rozmowy z mamą, która powtarzała: „Kingusia, nie daj się złamać. Jesteś silna.”

Następnego dnia poszłam do pracy jak automat. W biurze wszyscy żyli swoimi sprawami – Magda opowiadała o nowym chłopaku, Tomek narzekał na korki na Zakopiance. Ja siedziałam przy komputerze, udając, że wszystko jest w porządku. Ale w środku czułam, że coś się we mnie złamało. Po południu zadzwoniła moja mama.

– Kinga, słyszałam, że ojciec Marka w szpitalu. Dzwoniła do mnie ciotka Halina. Może powinnaś tam pojechać? – zapytała z troską.

– Mamo, to już nie moja rodzina. Nie mogę tam pojechać. Marek nie chce mnie widzieć. Poza tym… nie dam rady. – Głos mi się łamał, ale starałam się być twarda.

– Kingusia, czasem trzeba zrobić coś nie dla siebie, tylko dla innych. Pamiętaj, że dobro wraca – powiedziała cicho.

Wieczorem długo siedziałam na balkonie, patrząc na światła miasta. Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz czułam się naprawdę szczęśliwa. Może wtedy, gdy jeszcze wierzyłam, że miłość wystarczy, by pokonać wszystko? Życie jednak szybko zweryfikowało moje marzenia. Marek coraz częściej wracał późno do domu, unikał rozmów, a ja czułam się coraz bardziej samotna. Kiedy odkryłam, że ma romans z koleżanką z pracy, świat mi się zawalił. Próbowałam walczyć, rozmawiać, ratować to, co się dało. Ale on już podjął decyzję. Zostawił mnie z pustką, z pytaniami bez odpowiedzi.

Po rozwodzie długo nie mogłam się pozbierać. Znajomi mówili: „Czas leczy rany”, ale to nieprawda. Czas tylko uczy, jak z tym bólem żyć. Zaczęłam chodzić na terapię, powoli odzyskiwałam siebie. Zmieniłam fryzurę, zapisałam się na jogę, zaczęłam spotykać się z ludźmi. Ale w środku zawsze była ta rana, która czasem zaczynała krwawić, zwłaszcza w takie noce jak ta.

Dwa dni później znów zadzwonił Marek. Tym razem nie odebrałam. Zostawił wiadomość: „Tata pytał o ciebie. Chciałby cię zobaczyć. Jeśli możesz, przyjedź.”

Całą noc nie spałam. W końcu, nad ranem, podjęłam decyzję. Pojechałam do szpitala na ul. Kopernika. Kiedy weszłam na oddział, serce waliło mi jak młot. Pan Zbigniew leżał na łóżku, blady, ale uśmiechnął się na mój widok.

– Kingusia, jak dobrze cię widzieć – powiedział słabym głosem.

Usiadłam przy nim, trzymałam go za rękę. Przez chwilę rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym – o pogodzie, o mojej pracy, o tym, jak bardzo brakuje mu ogrodu. Marek siedział w kącie, milczący, jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić.

Kiedy wychodziłam, pan Zbigniew ścisnął moją dłoń.

– Dziękuję, że przyszłaś. Jesteś dla mnie jak córka. Nie pozwól, żeby przeszłość cię zniszczyła.

Wróciłam do domu z ciężkim sercem. Wiedziałam, że zrobiłam dobrze, ale czułam też, że znów otworzyłam drzwi, które tak długo próbowałam zamknąć. Marek zadzwonił jeszcze raz tego wieczoru.

– Kinga, dziękuję, że przyszłaś. Tata był szczęśliwy. Ja… wiem, że wszystko zepsułem. Przepraszam.

– Marek, nie wracajmy do tego. Każde z nas poszło swoją drogą. Musimy nauczyć się żyć z tym, co się stało.

– Myślisz, że kiedyś mi wybaczysz?

Zawahałam się. Czy można naprawdę wybaczyć komuś, kto złamał ci serce? Czy można zamknąć rozdział, jeśli ktoś ciągle próbuje go otworzyć?

– Nie wiem, Marek. Może kiedyś. Ale teraz muszę zadbać o siebie.

Odłożyłam telefon i długo patrzyłam w sufit. W głowie kłębiły mi się pytania bez odpowiedzi. Czy naprawdę można zostawić przeszłość za sobą? Czy jesteśmy skazani na to, by ciągle wracała, kiedy najmniej się tego spodziewamy?

Czasem myślę, że życie to nieustanna walka z własnymi wspomnieniami. A wy? Czy potrafilibyście wybaczyć komuś, kto was skrzywdził? Czy można naprawdę zamknąć rozdział, jeśli ktoś ciągle próbuje go otworzyć?