Dostałam zaproszenie na ślub… mojego byłego męża. Z moją dawną przyjaciółką

Usiadłam na kanapie, ściskając w dłoni białą kopertę. Serce waliło mi jak oszalałe, a w głowie dudniło jedno pytanie: „Czy to jakiś żart?” Przecież nie mogłam się pomylić — złote litery na zaproszeniu układały się w znajome imiona: Anna i Paweł. Paweł, mój były mąż. Anna, moja przyjaciółka z dzieciństwa, z którą dzieliłam sekrety, łzy i pierwsze miłości. Przez chwilę miałam ochotę podrzeć to zaproszenie na strzępy, ale ręce mi drżały. Zamiast tego, wpatrywałam się w nie, jakby miało mi wyjaśnić, jakim cudem znalazłam się w tym miejscu mojego życia.

Telefon zadzwonił, wyrywając mnie z otępienia. To była mama. „Kasiu, wszystko w porządku?” — zapytała, słysząc mój głos. Chciałam powiedzieć, że tak, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. „Dostałam zaproszenie na ślub Pawła i Ani…” — wyszeptałam. Po drugiej stronie zapadła cisza. „Oni… razem?” — spytała w końcu, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. „Tak, mamo. Razem. I chcą, żebym przyszła na ich ślub.”

Wróciły wspomnienia. Nasze wspólne wyjazdy nad jezioro, wieczory przy winie, kiedy śmiałyśmy się z Anią do łez. Potem Paweł — mój świat, mój dom, moje wszystko. Przysięgaliśmy sobie miłość na zawsze w małym kościele na Pradze. A potem… potem przyszła rutyna, kłótnie o drobiazgi, jego coraz częstsze wyjazdy służbowe. I Anna, która zawsze była blisko, gotowa wysłuchać, pocieszyć. Nie zauważyłam, kiedy zaczęła być bliżej Pawła niż mnie.

Pamiętam ten dzień, kiedy wszystko się rozpadło. Wróciłam wcześniej z pracy, bo źle się czułam. W domu było cicho, ale w powietrzu wisiało coś dziwnego. Weszłam do sypialni i zobaczyłam ich razem. Nie musieli nic mówić. Wystarczyło jedno spojrzenie. Paweł próbował tłumaczyć, Anna płakała. Ja stałam jak sparaliżowana, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Potem był rozwód, długie miesiące ciszy, samotności, terapii. Anna zniknęła z mojego życia. Paweł też. Myślałam, że już nigdy ich nie zobaczę.

A teraz to zaproszenie. Jakby nic się nie stało. Jakby można było wymazać lata przyjaźni i małżeństwa jednym eleganckim gestem. Przez kilka dni nie mogłam spać. W pracy byłam nieobecna, koleżanki pytały, czy wszystko w porządku. „Tak, po prostu jestem zmęczona” — kłamałam. Wieczorami patrzyłam w sufit, próbując zrozumieć, dlaczego to właśnie mnie spotkało. Czy byłam złą żoną? Złą przyjaciółką? Czy można było temu zapobiec?

W końcu postanowiłam zadzwonić do Ani. Długo wpatrywałam się w jej numer na ekranie telefonu. W końcu zebrałam się na odwagę. Odebrała niemal od razu. „Kasia… wiedziałam, że zadzwonisz” — powiedziała cicho. Przez chwilę milczałam, próbując zebrać myśli. „Dlaczego mi to robisz?” — zapytałam w końcu. „Nie chciałam, żeby tak wyszło. To się po prostu stało. Paweł… był przy mnie, kiedy miałam trudny czas. Zbliżyliśmy się do siebie. Wiem, że cię skrzywdziłam. Przepraszam.”

„Przepraszam?” — powtórzyłam, czując, jak narasta we mnie złość. „Zabrałaś mi męża. Zniszczyłaś nasze przyjaźń. A teraz chcesz, żebym przyszła na wasz ślub i udawała, że wszystko jest w porządku?” Anna zaczęła płakać. „Nie oczekuję, że wybaczysz. Ale chciałam, żebyś wiedziała, że nie chciałam cię zranić. Chciałam, żebyś była częścią naszego życia. Zawsze byłaś dla mnie jak siostra.”

Rozłączyłam się bez słowa. Przez kolejne dni nie mogłam przestać o tym myśleć. Czy naprawdę można wybaczyć coś takiego? Czy powinnam pójść na ten ślub, żeby pokazać, że jestem ponad to? A może powinnam raz na zawsze zamknąć ten rozdział i przestać rozdrapywać rany?

Mama przyszła do mnie z ciastem i herbatą. „Kasiu, nie musisz niczego udowadniać. Zadbaj o siebie. Oni wybrali swoją drogę. Ty też możesz wybrać swoją.” Przytuliłam ją mocno. „Ale ja nie wiem, jaką drogę wybrać, mamo. Czuję się, jakbym stała na rozdrożu i nie wiedziała, w którą stronę pójść.”

W pracy szef zaproponował mi wyjazd na szkolenie do Krakowa. Zastanawiałam się, czy nie wykorzystać tej okazji, żeby uciec od wszystkiego, choć na chwilę. Wieczorem zadzwonił Paweł. „Kasia, wiem, że to dla ciebie trudne. Ale chciałem, żebyś wiedziała, że zawsze będziesz dla mnie ważna. Przepraszam, że tak to się potoczyło.”

„Paweł, nie wiem, czy kiedykolwiek ci wybaczę. Ale życzę ci szczęścia. Naprawdę. Tylko nie oczekuj, że będę udawać, że nic się nie stało.”

Ostatecznie nie poszłam na ślub. Zamiast tego pojechałam do Krakowa, spacerowałam po Plantach, piłam kawę na Rynku i patrzyłam na ludzi, którzy nie znali mojej historii. Poczułam ulgę. Może pierwszy raz od dawna.

Dziś, kiedy patrzę w lustro, widzę kobietę, która przeszła przez piekło, ale nie dała się złamać. Czasem jeszcze boli, ale wiem, że zasługuję na coś lepszego. Czy można wybaczyć zdradę? Czy warto próbować ratować coś, co już dawno się rozpadło? Może lepiej po prostu pozwolić sobie na nowy początek?

A wy? Co byście zrobili na moim miejscu? Czy potrafilibyście wybaczyć i pójść dalej?