Dziesięć lat czekania na jego rozwód – historia, która zmieniła moje życie

Siedziałam na tej ławce, w cieniu rozłożystego kasztanowca, czując jak serce bije mi szybciej niż zwykle. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy, a gdzieś w oddali dzieci śmiały się, bawiąc w berka. Mimo tej sielanki, w mojej głowie kłębiły się myśli, których nie potrafiłam uciszyć. Wtedy właśnie obok mnie usiadła kobieta – nieznajoma, która miała zmienić moje spojrzenie na życie. Miała na imię Grażyna. Jej twarz była zmęczona, oczy podkrążone, ale w spojrzeniu tliła się jakaś dziwna determinacja. Przez chwilę milczałyśmy, aż w końcu ona odezwała się pierwsza:

– Ciężki dzień? – zapytała, patrząc przed siebie.

Skinęłam głową, nie chcąc wchodzić w szczegóły. Ale ona jakby wyczuła, że potrzebuję rozmowy. Po chwili zaczęła mówić, najpierw cicho, jakby do siebie:

– Wiesz, czasem człowiek czeka na coś tak długo, że zapomina, po co właściwie czekał…

Spojrzałam na nią z zaciekawieniem. Grażyna westchnęła i zaczęła swoją opowieść.

– Miałam wtedy trzydzieści dwa lata. Pracowałam jako nauczycielka w podstawówce na Pradze. Byłam po rozwodzie, samotna, z córką, która właśnie zaczynała liceum. Myślałam, że już nic dobrego mnie nie spotka. Aż do dnia, kiedy poznałam Marka. Przyszedł do szkoły odebrać swojego syna. Wysoki, przystojny, z tym błyskiem w oku, który sprawiał, że czułam się znów młoda. Zaczęliśmy rozmawiać, najpierw o dzieciach, potem o życiu. Okazało się, że mieszka niedaleko, że jego żona… no cóż, że już od dawna im się nie układa.

Grażyna zamilkła na chwilę, jakby ważyła każde słowo.

– Marek był czarujący. Potrafił słuchać, rozśmieszać, sprawiał, że czułam się wyjątkowa. Po kilku tygodniach zaprosił mnie na kawę. A potem na kolejną. Zakochałam się w nim bez pamięci. Wiedziałam, że jest żonaty, ale on powtarzał, że to już koniec, że to tylko formalność, że rozwód to kwestia czasu. Wierzyłam mu. Chciałam wierzyć. Bo kto nie chce wierzyć w miłość?

Przez chwilę patrzyła w dal, jakby widziała tamte dni przed oczami.

– Minął rok. Potem drugi. Marek wciąż obiecywał, że już za chwilę wszystko się ułoży. Że żona nie chce się zgodzić na rozwód, że dzieci, że dom, kredyt… Zawsze coś. Ale ja czekałam. Każde święta spędzałam sama, bo on musiał być z rodziną. Każde wakacje planowałam tak, żeby nie robić mu problemów. Moja córka coraz częściej patrzyła na mnie z wyrzutem.

– Mamo, dlaczego pozwalasz się tak traktować? – zapytała kiedyś. – Przecież on nigdy nie odejdzie od żony.

Zabolało mnie to. Ale nie potrafiłam przestać czekać. Bo przecież kochałam. Bo przecież obiecał.

Grażyna ścisnęła dłonie, jakby chciała powstrzymać drżenie.

– Minęło pięć lat. Potem sześć. W międzyczasie moja mama zachorowała. Potrzebowała mnie, ale ja ciągle byłam myślami przy Marku. On pojawiał się i znikał, zawsze z nowymi wymówkami. A ja? Ja stawałam się coraz bardziej cieniem samej siebie. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, bo nie chciałam słuchać ich rad. Przestałam dbać o siebie. Nawet w pracy zaczęli zauważać, że coś jest nie tak.

Pewnego dnia, po kolejnej kłótni z córką, usiadłam na łóżku i zaczęłam płakać. Płakałam długo, aż zabrakło mi łez. Wtedy zadzwonił Marek. Powiedział, że żona w końcu zgodziła się na rozwód. Że to już kwestia miesięcy. Że muszę być cierpliwa.

– Dziesięć lat – powiedziała Grażyna, patrząc mi prosto w oczy. – Dziesięć lat czekałam na jego rozwód. Dziesięć lat żyłam w zawieszeniu, w kłamstwie, w iluzji. Moja córka wyjechała na studia do Wrocławia i przestała się do mnie odzywać. Mama zmarła, a ja nawet nie byłam przy niej w ostatnich chwilach, bo czekałam na Marka. A on? On w końcu się rozwiódł. Przyszedł do mnie z walizką, jakby nic się nie stało. A ja… ja już nie potrafiłam go kochać. Byłam pusta. Wypalona. Zniszczona przez własną naiwność.

Zamilkła na chwilę, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć. W końcu odezwała się znowu, tym razem cicho, jakby do siebie:

– Wiesz, najgorsze jest to, że nie mam do niego żalu. Mam żal do siebie. Że pozwoliłam, żeby moje życie przeciekło mi przez palce. Że nie słuchałam córki, przyjaciółek, siebie samej. Że tak bardzo chciałam być kochana, że zgodziłam się na bycie tą drugą. A przecież zasługiwałam na więcej. Każda z nas zasługuje.

Spojrzała na mnie, a w jej oczach zobaczyłam łzy.

– Gdybym mogła cofnąć czas, wybrałabym siebie. Wybrałabym córkę. Wybrałabym życie. Ale nie można cofnąć czasu, prawda?

Siedziałyśmy tak jeszcze chwilę w milczeniu. Potem Grażyna wstała, poprawiła płaszcz i uśmiechnęła się smutno.

– Dziękuję, że mnie wysłuchałaś. Może komuś ta historia pomoże nie popełnić moich błędów.

Patrzyłam, jak odchodzi, a w mojej głowie wciąż brzmiały jej słowa. Czy naprawdę warto poświęcać wszystko dla kogoś, kto nie potrafi się zdecydować? Czy miłość powinna boleć aż tak bardzo? A może czasem trzeba po prostu wybrać siebie, zanim będzie za późno?

Czy wy też kiedyś czekaliście na coś, co nigdy nie nadeszło? Jak długo można żyć nadzieją, zanim stanie się ona naszym przekleństwem?