Kiedy moja córka zniknęła w swoim nowym życiu: Historia matki, która została sama

„Ania, czy naprawdę nie możesz przyjechać na niedzielny obiad? Przecież zawsze razem piekłyśmy szarlotkę…” – mój głos drżał, choć starałam się brzmieć pogodnie. Po drugiej stronie słyszałam tylko cichy szelest i oddech mojej córki. „Mamo, wiesz, że teraz wszystko jest inaczej. Marek ma swoje plany, jego rodzice też chcą nas widzieć. Nie mogę być wszędzie.”

Zamknęłam oczy, ściskając telefon tak mocno, że aż zbielały mi knykcie. Przez całe życie byłam dla Ani wszystkim – jej powierniczką, przyjaciółką, czasem nawet jedyną osobą, do której mogła się zwrócić. Odkąd jej ojciec odszedł, trzymałyśmy się razem, jakbyśmy były dwoma gałęziami tego samego drzewa. Teraz czułam, jakby ktoś odciął mnie od korzeni.

Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy Ania poznała Marka. Był miły, uprzejmy, zawsze z kwiatami, kiedy przychodził do nas na kolację. Ale z czasem zauważyłam, że coraz częściej patrzy na zegarek, jakby liczył minuty do wyjścia. Ania śmiała się wtedy nerwowo, tłumacząc, że Marek nie lubi długo siedzieć w jednym miejscu. „Mamo, on po prostu taki jest, nie przejmuj się.”

Ślub był piękny, choć już wtedy czułam, że coś się zmienia. Marek i jego rodzina – państwo Nowakowie – byli bardzo zorganizowani, wszystko musiało być po ich myśli. Nawet wybór sali weselnej był ich decyzją. „U nas w rodzinie zawsze robimy wesela w Dworku pod Lipami, to tradycja” – powiedziała pani Nowak, patrząc na mnie z góry. Ania tylko skinęła głową, jakby nie miała nic do powiedzenia. Przełknęłam to, bo przecież najważniejsze było szczęście mojej córki.

Po ślubie wszystko przyspieszyło. Ania przeprowadziła się do mieszkania Marka, na drugim końcu miasta. „Mamo, to tylko trzy przystanki tramwajem” – próbowała mnie pocieszyć. Ale ja wiedziałam, że to nie odległość była problemem. Z dnia na dzień nasze rozmowy stawały się coraz krótsze. Zamiast długich wieczorów przy herbacie, dostawałam krótkie smsy: „Nie mogę dziś, mam spotkanie z teściową.”

Pewnego dnia postanowiłam pojechać do Ani bez zapowiedzi. Upiekłam jej ulubione drożdżówki z serem, zapakowałam w koszyk i ruszyłam w drogę. Kiedy otworzyła drzwi, zobaczyłam w jej oczach zaskoczenie, a może nawet niepokój. „Mamo, Marek zaraz wraca z pracy, a jego rodzice mają wpaść na kawę…” – zaczęła się tłumaczyć. Poczułam się jak intruz we własnej rodzinie. „To ja tylko na chwilę, zostawię ci drożdżówki” – powiedziałam, próbując się uśmiechnąć. W środku jednak czułam, jak pęka mi serce.

Z czasem zaczęłam unikać spotkań z Anią. Nie chciałam być ciężarem, nie chciałam, żeby czuła się winna. Ale samotność bolała coraz bardziej. W pracy koleżanki opowiadały o wnukach, o wspólnych wyjazdach z dziećmi. Ja milczałam, udając, że wszystko jest w porządku. Wieczorami siadałam przy oknie, patrząc na puste podwórko i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd.

Najgorsze przyszło w święta. Zawsze spędzałyśmy je razem, piekłyśmy pierniki, ubierałyśmy choinkę. W tym roku Ania zadzwoniła dzień przed Wigilią. „Mamo, wiesz, że musimy być u Marka. Jego rodzice zaprosili całą rodzinę. Może wpadniesz do nas w drugi dzień świąt?”

Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Pamiętam tylko, że długo płakałam tej nocy, czując się jak niepotrzebny mebel, który ktoś odstawił w kąt. W drugi dzień świąt pojechałam do Ani. W salonie siedzieli państwo Nowakowie, rozmawiając głośno o polityce i planach na wakacje. Ania krzątała się w kuchni, a Marek nawet nie spojrzał w moją stronę. „Mamo, usiądź, zaraz podam ci herbatę” – powiedziała, ale jej głos był obcy, jakby mówiła do kogoś, kogo ledwo zna.

Wróciłam do domu wcześniej, niż planowałam. W drodze powrotnej myślałam o tym, jak bardzo się zmieniła. Czy to ja ją zawiodłam? Czy powinnam była walczyć o nią bardziej? Może powinnam była powiedzieć jej, jak bardzo mi jej brakuje, jak bardzo boli mnie to, że nie jestem już częścią jej życia?

Kilka tygodni później zachorowałam. Zwykłe przeziębienie przerodziło się w zapalenie płuc. Leżałam w łóżku, z gorączką, patrząc na telefon, który milczał. Nikt nie dzwonił, nikt nie pytał, jak się czuję. W końcu zadzwoniłam do Ani. „Mamo, czemu nie powiedziałaś, że jesteś chora? Przecież mogłam przyjechać!” – krzyknęła przez telefon. „Nie chciałam przeszkadzać” – wyszeptałam. Przyjechała następnego dnia, z torbą pełną leków i zmartwioną miną. „Mamo, przepraszam. Ostatnio wszystko się na mnie zwaliło. Marek, praca, teściowie… Nie chciałam cię zranić.”

Patrzyłam na nią i widziałam w jej oczach tę samą dziewczynkę, którą kiedyś tuliłam do snu. „Ania, ja tylko chcę być częścią twojego życia. Nie muszę być na pierwszym miejscu, ale nie chcę być na końcu.”

Przytuliła mnie mocno, a ja poczułam, że może jeszcze nie wszystko stracone. Ale wciąż boję się, że kiedyś znowu zniknie, pochłonięta przez nowe życie, w którym nie ma dla mnie miejsca.

Czasem zastanawiam się, czy każda matka musi przeżyć taki moment, kiedy jej dziecko odchodzi, a ona zostaje sama z pustką. Czy można nauczyć się żyć z tym brakiem? Czy miłość matki naprawdę wystarczy, by przetrwać samotność? Co wy o tym myślicie?