Nie sądziłam, że postawi mi taki ultimatum: Małżeństwo z rozwodnikiem
– Albo on, albo my! – głos mamy drżał, a jej oczy błyszczały łzami i gniewem. Stałam w kuchni, ściskając kubek z zimną już herbatą, czując jak serce wali mi w piersi. Tata siedział przy stole, milczący, zaciśnięte pięści zdradzały jednak, jak bardzo jest wzburzony.
– Mamo, proszę cię… – zaczęłam cicho, ale przerwała mi gwałtownie.
– Nie będę patrzeć, jak rujnujesz sobie życie przez jakiegoś rozwodnika! – wykrzyczała. – Masz dwadzieścia siedem lat, możesz mieć każdego! Dlaczego akurat on?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Michał nie był „jakimś rozwodnikiem”. Był moim światłem w tunelu, kiedy po śmierci babci nie mogłam się pozbierać. Poznaliśmy się przypadkiem – na przystanku autobusowym, kiedy padał deszcz i oboje schowaliśmy się pod tym samym daszkiem. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, a potem spotkaliśmy się jeszcze raz… i jeszcze raz. Z każdym kolejnym spotkaniem czułam, że to coś więcej niż zwykła znajomość.
Ale Michał miał przeszłość. Był po rozwodzie z Agnieszką, z którą miał siedmioletnią córkę, Zosię. Kiedy mi o tym powiedział, poczułam ukłucie niepewności, ale szybko je zagłuszyła fala czułości. Przecież każdy zasługuje na drugą szansę.
Rodzice dowiedzieli się przypadkiem – podsłuchali moją rozmowę z przyjaciółką przez telefon. Od tego czasu w domu zaczęło się piekło. Mama płakała po nocach, tata rzucał kąśliwe uwagi przy obiedzie. Nawet młodszy brat, Tomek, patrzył na mnie z wyrzutem.
– On cię wykorzysta – mówiła mama. – Zostawił jedną kobietę, zostawi i ciebie.
– Nie znasz go! – krzyczałam bezsilnie.
W pracy też nie było łatwo. Koleżanki szeptały za moimi plecami:
– Słyszałaś? Kasia spotyka się z rozwodnikiem…
Czułam się osaczona. Jedynym miejscem, gdzie mogłam być sobą, był mały park niedaleko mieszkania Michała. Tam spacerowaliśmy wieczorami, rozmawiając o przyszłości.
Pewnego dnia Michał spojrzał na mnie poważnie:
– Kasiu… Chciałbym, żebyś poznała Zosię.
Zgodziłam się bez wahania. Spotkanie było niezręczne – Zosia patrzyła na mnie nieufnie spod burzy jasnych włosów. Próbowałam ją rozbawić, ale odpowiadała półsłówkami. Po godzinie Michał odprowadził ją do mamy.
– Daj jej czas – powiedział cicho.
Wróciłam do domu późno. Mama czekała na mnie w kuchni.
– Gdzie byłaś?
– U Michała… Poznałam jego córkę.
Mama spojrzała na mnie jak na obcą osobę.
– Nie poznaję cię. Zawsze byłaś rozsądna.
Tego wieczoru długo płakałam w poduszkę. Czy naprawdę byłam taka nierozsądna? Czy miłość do Michała była błędem?
Mijały tygodnie. Rodzice nie odpuszczali. Pewnego dnia tata postawił sprawę jasno:
– Jeśli wyjdziesz za niego, nie masz tu czego szukać.
To był cios prosto w serce. Przez całe życie byłam blisko z rodzicami – wspólne wakacje nad Bałtykiem, święta przy jednym stole… A teraz miałam to wszystko stracić?
Michał widział, jak bardzo jestem rozdarta.
– Nie chcę być powodem twojego nieszczęścia – powiedział pewnego wieczoru. – Jeśli musisz wybrać… wybierz siebie.
Ale jak miałam wybrać siebie? Każda decyzja oznaczała stratę.
W pracy szefowa zaczęła dopytywać o moje wyniki. Byłam rozkojarzona, popełniałam błędy. Koleżanki unikały mnie coraz bardziej.
Pewnego dnia zadzwoniła Agnieszka – była żona Michała.
– Chciałabym się z tobą spotkać – powiedziała chłodno.
Spotkałyśmy się w kawiarni na rynku. Agnieszka była piękna i pewna siebie.
– Wiem, że jesteś z Michałem – zaczęła bez ogródek. – Chcę tylko jednego: nie mieszaj się do wychowania Zosi.
Byłam zszokowana.
– Nie zamierzam…
– Lepiej dla wszystkich będzie, jeśli zostaniesz z boku – przerwała mi ostro.
Wyszłam z kawiarni roztrzęsiona. Czy naprawdę mogłam być szczęśliwa z kimś, kto niósł taki bagaż?
Wieczorem zadzwoniła mama:
– Kasiu… Proszę cię, wróć do domu. Zapomnij o nim.
Nie spałam całą noc. Przewracałam się z boku na bok, analizując każde słowo rodziców i Agnieszki. Nad ranem podjęłam decyzję.
Spotkałam się z Michałem w naszym parku.
– Kocham cię – powiedziałam drżącym głosem – ale nie wiem, czy dam radę walczyć ze wszystkimi naraz.
Michał objął mnie mocno.
– Ja też cię kocham. Ale jeśli to ma cię kosztować rodzinę…
Przerwałam mu:
– Chcę spróbować. Ale musimy być razem silni.
Zdecydowaliśmy się zamieszkać razem. Wynajęliśmy małe mieszkanie na obrzeżach miasta. Było skromnie, ale czułam się wolna – pierwszy raz od miesięcy mogłam oddychać pełną piersią.
Rodzice przestali się odzywać. Tomek napisał mi tylko krótkiego SMS-a: „Mam nadzieję, że wiesz co robisz.”
Zosia powoli zaczynała mnie akceptować. Razem piekłyśmy ciasteczka i rysowałyśmy kredkami po starych kartonach. Michał patrzył na nas z uśmiechem i chyba pierwszy raz od dawna był naprawdę szczęśliwy.
Ale życie nie jest bajką. Po kilku miesiącach Michał stracił pracę – firma upadła z dnia na dzień. Ja zarabiałam niewiele jako nauczycielka angielskiego w podstawówce. Zaczęły się kłótnie o pieniądze.
– Może powinnaś wrócić do rodziców? – rzucił któregoś wieczoru Michał zirytowany.
Zabolało mnie to bardziej niż chciałam przyznać.
– Myślałam, że jesteśmy drużyną…
Milczał długo.
– Przepraszam… Po prostu jestem zmęczony tym wszystkim.
Czułam się coraz bardziej samotna. W pracy koleżanki patrzyły na mnie z litością:
– I po co ci to było? Mogłaś mieć spokojne życie…
Czasem sama zadawałam sobie to pytanie.
Po pół roku sytuacja się poprawiła – Michał znalazł nową pracę jako kierowca autobusu miejskiego. Powoli odbudowywaliśmy nasze życie. Rodzice nadal milczeli, ale Tomek zaczął do mnie pisać częściej. Pewnego dnia zaprosił mnie na kawę.
– Wiesz… Mama tęskni za tobą – powiedział cicho.
Łzy napłynęły mi do oczu.
– Ja też za nią tęsknię…
Po roku od naszego wyprowadzki mama zadzwoniła pierwszy raz:
– Kasiu… Może przyjedziesz na niedzielny obiad?
Serce mi zabiło mocniej. Wiedziałam, że to nie będzie łatwe spotkanie – ale może to był początek nowego rozdziału?
Dziś mija dwa lata od tamtego ultimatum rodziców. Nadal jestem z Michałem. Nie jest idealnie – czasem kłócimy się o drobiazgi, czasem brakuje nam pieniędzy i cierpliwości do siebie nawzajem i świata. Ale wiem jedno: wybrałam siebie i swoje szczęście.
Czy było warto? Czy można naprawdę być szczęśliwym wbrew wszystkim? A może czasem trzeba po prostu zaufać własnemu sercu?