Niespodziewana propozycja: Plan mojego byłego męża na przyszłość naszej córki

— Nie wierzę, że tu jesteś — powiedziałam, patrząc na Adama, który stał w progu mojego mieszkania. Jego oczy były zmęczone, a dłonie nerwowo ściskały czapkę. Przez chwilę miałam ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, ale coś mnie powstrzymało. Może to była ciekawość, a może zwykłe zmęczenie samotnością.

Adam i ja pobraliśmy się młodo, za młodo — powtarzała mi mama, kiedy wracałam do domu z nowym pierścionkiem na palcu. Ale wtedy wydawało mi się, że miłość wystarczy. Byliśmy nierozłączni, śmialiśmy się z tych, którzy mówili o kryzysach i zdradach. Kiedy urodziła się Zosia, nasza córka, świat wydawał się kompletny. Przez kilka lat żyliśmy jak w bajce — przynajmniej tak mi się wydawało.

Potem przyszły pierwsze kłótnie. Adam coraz częściej wracał późno z pracy, a ja coraz częściej płakałam w łazience, żeby Zosia nie słyszała. Pewnego dnia znalazłam w jego telefonie wiadomości od innej kobiety. Nie musiałam czytać wszystkiego — wystarczyło kilka słów, żeby poczuć, jak grunt usuwa mi się spod nóg.

Rozwód był bolesny i brudny. Adam próbował się tłumaczyć, obiecywał poprawę, ale ja już nie potrafiłam mu zaufać. Zostałam sama z Zosią w naszym małym mieszkaniu na Pradze. Przez pierwsze miesiące żyłam jak automat — praca, przedszkole, zakupy, kolacja, bajka na dobranoc. Czasem łapałam się na tym, że nie pamiętam własnej twarzy w lustrze.

Minęły cztery lata. Zosia wyrosła na mądrą i wrażliwą dziewczynkę. Była moim całym światem. Adam pojawiał się sporadycznie — raz na miesiąc zabierał ją do kina albo na lody. Nigdy nie pytał o mnie.

Aż do dzisiaj.

— Musimy porozmawiać — powiedział cicho, kiedy wpuściłam go do środka. Usiadł na kanapie i przez chwilę patrzył na zdjęcie Zosi stojące na komodzie.

— O co chodzi? — zapytałam ostrożnie.

— Dostałem propozycję pracy w Norwegii. Dobre pieniądze, stabilizacja… Ale jest jeden warunek: muszę tam być przez co najmniej dwa lata. Chciałbym zabrać Zosię ze sobą.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

— Zwariowałeś? Chcesz zabrać moją córkę do innego kraju? Po tym wszystkim?

Adam spuścił wzrok.

— Naszą córkę — poprawił mnie cicho. — Wiem, że to szalone. Ale tam miałaby lepsze szkoły, nowe możliwości… Ja też bym się zmienił. Chciałbym być dla niej lepszym ojcem.

Przez chwilę nie mogłam wydobyć z siebie głosu. W głowie kłębiły mi się obrazy: Zosia płacząca w nocy bez mamy, ja samotna w pustym mieszkaniu… Ale też Zosia szczęśliwa w nowym miejscu, ucząca się języka, poznająca świat.

— A co ze mną? — zapytałam w końcu drżącym głosem.

Adam spojrzał mi prosto w oczy.

— Chciałbym, żebyś pojechała z nami. Jako rodzina. Nie musimy być razem… ale Zosia zasługuje na oboje rodziców.

Zachwiałam się pod ciężarem tych słów. Przez tyle lat budowałam swoje życie od nowa, uczyłam się być samodzielna i silna. Teraz miałabym wszystko rzucić i jechać za nim do obcego kraju? Czy potrafiłabym mu zaufać choćby jako ojcu mojego dziecka?

Wieczorem długo siedziałam przy łóżku Zosi, patrząc jak śpi z ulubionym misiem przytulonym do policzka. W głowie słyszałam słowa Adama: „lepsze szkoły”, „nowe możliwości”… Ale czy szczęście dziecka naprawdę zależy od miejsca zamieszkania? Czy mogę ryzykować jej poczucie bezpieczeństwa dla szansy na lepszą przyszłość?

Następnego dnia spotkałam się z mamą w jej kuchni pachnącej świeżo upieczonym chlebem.

— On zawsze myśli tylko o sobie — powiedziała ostro. — Ty tu masz pracę, przyjaciół… A co jeśli znowu cię zawiedzie?

— Ale to chodzi o Zosię — odpowiedziałam cicho. — Może powinnam dać jej szansę na coś więcej?

Mama spojrzała na mnie z troską.

— Czasem więcej to po prostu to, co już masz — szepnęła.

Przez kolejne dni nie mogłam znaleźć spokoju. Adam dzwonił codziennie, próbując przekonać mnie do swojego planu. Zosia zaczęła coś podejrzewać — widziałam to w jej oczach.

W końcu usiadłam z nią przy stole i powiedziałam prawdę.

— Tatuś chce wyjechać do Norwegii i zabrać cię ze sobą. Pyta też, czy mama by pojechała…

Zosia milczała przez dłuższą chwilę.

— A ty chcesz jechać? — zapytała cicho.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

— Chcę, żebyś była szczęśliwa — wyszeptałam tylko.

Wtedy Zosia przytuliła się do mnie mocno.

— Ja chcę być z tobą. I z tatą też… ale najbardziej tutaj — powiedziała i wskazała nasze mieszkanie za oknem.

Tej nocy długo nie spałam. Wpatrywałam się w ciemność i zastanawiałam się, czy jestem egoistką, czy może matką walczącą o swoje dziecko. Czy można budować przyszłość na starych ranach? Czy Adam naprawdę się zmienił?

Kiedy następnego dnia spotkaliśmy się we trójkę w kawiarni pod domem, spojrzałam Adamowi prosto w oczy.

— Nie pojadę do Norwegii. Zosia też nie pojedzie bez mamy. Jeśli chcesz być częścią jej życia, musisz to zrobić tutaj — powiedziałam stanowczo.

Adam przez chwilę milczał, potem skinął głową ze smutkiem i ulgą jednocześnie.

— Rozumiem — wyszeptał tylko.

Dziś wiem jedno: czasem najtrudniejsze decyzje to te, które podejmujemy dla innych. Ale czy można być dobrym rodzicem bez poświęcenia siebie? Czy szczęście dziecka zawsze oznacza rezygnację z własnych marzeń? Może nigdy nie znajdę odpowiedzi…