Nigdy nie wyszłam za mąż: Dzień, w którym odkryłam prawdę o Piotrze i jego matce
— Martyna, spójrz! Ta koronka jest jak z bajki! — Mama podniosła delikatnie rąbek sukni, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie ze wzruszenia, lecz z niepokoju, który od kilku dni ściskał mi żołądek. Moja siostra Ania kręciła się wokół mnie z telefonem, robiąc zdjęcia i wysyłając je do naszej babci. Wszystko powinno być idealne — przecież za dwa miesiące miałam wyjść za mąż za Piotra, mojego najlepszego przyjaciela i największą miłość.
Ale Piotr był nieobecny. Ostatnio coraz częściej znikał na całe popołudnia, tłumacząc się pracą lub sprawami rodzinnymi. Dziś rano wysłał mi krótką wiadomość: „Nie dam rady być z tobą na przymiarkach. Przepraszam, kochanie.”
Wiedziałam, że jego mama, pani Teresa, od miesięcy wyglądała na przygaszoną. Piotr mówił, że to przez zdrowie, ale coś mi nie pasowało. Kiedyś byliśmy sobie tak bliscy — ja i on, ja i jego rodzina. Teraz czułam się jak intruz.
Wróciłam do domu z suknią w pokrowcu i sercem ciężkim jak kamień. Zadzwoniłam do Piotra — nie odebrał. Napisałam: „Wszystko w porządku?” Odpowiedź przyszła po godzinie: „Tak, tylko dużo spraw.”
Wieczorem usiadłam na kanapie z kubkiem herbaty. Mama weszła do pokoju i usiadła obok mnie.
— Martynka, czy ty jesteś szczęśliwa?
Spojrzałam na nią zdziwiona.
— Oczywiście… To znaczy… Tak. Po prostu Piotr ostatnio jest jakiś inny.
Mama ujęła moją dłoń.
— Może powinnaś z nim porozmawiać? Przed ślubem wszystko powinno być jasne.
Tej nocy nie spałam prawie wcale. Wpatrywałam się w sufit, analizując każde słowo, każdy gest Piotra z ostatnich tygodni. Nad ranem podjęłam decyzję: pojadę do niego bez zapowiedzi.
Pod blokiem Piotra stał stary samochód pani Teresy. Drzwi do klatki były otwarte. Weszłam cicho po schodach na trzecie piętro. Z mieszkania dochodziły podniesione głosy.
— Mamo, nie damy rady! Komornik przyjdzie za dwa dni! — To był głos Piotra.
— Synku, błagam cię… Nie mów Martynie! Ona nie może się dowiedzieć! — płakała pani Teresa.
Zamarłam pod drzwiami. Komornik? Długi? Dlaczego nic nie wiedziałam?
— Mamo, ona jest moją narzeczoną! Powinienem jej powiedzieć!
— Nie! Stracisz ją! Ona nie będzie chciała żyć z kimś takim jak my!
Serce waliło mi jak młotem. Oparłam się o ścianę i próbowałam złapać oddech. Przez chwilę miałam ochotę wejść tam i krzyknąć: „Jestem tu! Powiedzcie mi prawdę!” Ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
Wróciłam do domu jak w transie. Mama patrzyła na mnie pytająco, ale tylko pokręciłam głową i zamknęłam się w swoim pokoju.
Wieczorem Piotr zadzwonił.
— Hej, kochanie… — zaczął niepewnie.
— Musimy porozmawiać — przerwałam mu. — Jutro. U mnie.
Przyszedł punktualnie. Był blady, podkrążone oczy zdradzały bezsenność.
— Martyna…
— Wiem o wszystkim — powiedziałam cicho.
Zamarł. Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu.
— Podsłuchiwałaś?
— Przypadkiem usłyszałam rozmowę z twoją mamą.
Opadł na fotel i ukrył twarz w dłoniach.
— Chciałem ci powiedzieć… Ale bałem się, że odejdziesz. Że uznasz mnie za nieudacznika…
Poczułam łzy pod powiekami.
— Piotrze, przecież jesteśmy razem od siedmiu lat! Myślisz, że pieniądze są dla mnie ważniejsze niż ty?
Podszedł do mnie i chwycił za ręce.
— Moja mama… Ona całe życie walczyła o ten dom. Ojciec zostawił nas z długami. Ja próbowałem wszystko spłacić… Ale nie daję rady. Nie chciałem cię obciążać naszymi problemami.
Przez chwilę milczeliśmy. W mojej głowie kłębiły się myśli: ślub, kredyt na mieszkanie, wspólna przyszłość… Czy jestem gotowa wejść w życie pełne tajemnic i problemów?
— Martyna… Kocham cię. Ale rozumiem, jeśli nie chcesz tego wszystkiego ciągnąć ze mną…
Patrzyłam na niego długo. Widziałam w jego oczach strach i nadzieję jednocześnie.
— Potrzebuję czasu — wyszeptałam.
Przez kolejne dni unikałam wszystkich rozmów o ślubie. Mama pytała, czy wszystko w porządku; Ania próbowała mnie rozbawić memami o weselach. Ale ja czułam się jakby ktoś wyrwał mi serce.
W końcu spotkałam się z Piotrem jeszcze raz. Siedzieliśmy na ławce w parku, gdzie kiedyś wyznał mi miłość.
— Martyna…
— Piotrze, nie chodzi o pieniądze ani o dom twojej mamy — przerwałam mu. — Chodzi o to, że nie ufałeś mi na tyle, żeby powiedzieć prawdę. Jak mamy budować coś razem, jeśli już na starcie są między nami sekrety?
Zacisnął pięści.
— Przepraszam… Chciałem cię chronić…
— Ale mnie zraniłeś — powiedziałam cicho.
Wróciłam do domu i zdjęłam suknię ślubną z wieszaka. Gładziłam palcami koronkę i płakałam tak długo, aż zabrakło mi łez.
Ślubu nie było. Rodzina była w szoku; mama płakała razem ze mną, Ania próbowała mnie pocieszyć żartami o „nowym starcie”. Piotr wyprowadził się z miasta kilka tygodni później.
Czasem zastanawiam się, czy mogłam postąpić inaczej. Czy miłość naprawdę wystarcza, gdy brakuje szczerości? Czy można odbudować zaufanie raz złamane? Może to pytania bez odpowiedzi… Ale wiem jedno: lepiej żyć z prawdą niż z iluzją.