„No to teraz twoja kolej pomóc nam przy remoncie” – historia rodzinnych zobowiązań i rozczarowań
– No to teraz twoja kolej pomóc nam przy remoncie – powiedział Bartek, mój brat, z tym swoim charakterystycznym, szerokim uśmiechem, który zawsze miał rozbrajać, a mnie od jakiegoś czasu tylko irytował. Stał w progu mojego mieszkania, trzymając w ręku kubek kawy, jakby był u siebie. Jego żona, Magda, siedziała na kanapie i przeglądała katalogi z farbami, rzucając mi od czasu do czasu spojrzenia pełne oczekiwania.
Poczułem, jak coś we mnie pęka. Przez chwilę miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, ale zamiast tego tylko zacisnąłem zęby. – Pomóc wam? – powtórzyłem, starając się, by mój głos brzmiał neutralnie. – Bo wy nam pomagaliście?
Bartek spojrzał na mnie z udawaną niewinnością. – No przecież byliśmy, pamiętasz? Przynieśliśmy ci wtedy te kartony i Magda zrobiła ci obiad. To się liczy, nie?
W mojej głowie przewinęły się obrazy tamtego czasu. Mój własny remont był koszmarem – dwa miesiące w kurzu, z rozwalonymi ścianami, bez łazienki, z wiecznie spóźniającymi się fachowcami. Bartek i Magda pojawili się raz, na godzinę, przynieśli stare kartony po telewizorze i zostali na obiedzie, który przygotowała moja żona, a nie Magda. Potem zniknęli, tłumacząc się, że mają dużo pracy i nie mogą pomóc. Ani razu nie zapytali, czy czegoś potrzebuję, nie podali nawet młotka.
– Bartek, nie żartuj – powiedziałem cicho, czując, jak narasta we mnie złość. – Przyszliście raz, na chwilę. To nie jest pomoc przy remoncie.
Magda spojrzała na mnie z wyższością. – Ale przecież nie każdy musi być od razu budowlańcem. Liczy się gest.
Zacisnąłem pięści. Gest? Przez dwa miesiące spałem na materacu, jadłem zimne jedzenie, bo nie miałem kuchni, a oni nawet nie zapytali, czy potrzebuję czegoś więcej niż kartonów. Teraz oczekują, że rzucę wszystko i będę im pomagał, bo „tak wypada”.
Bartek wzruszył ramionami. – No ale wiesz, rodzina to rodzina. My zawsze sobie pomagamy. Ty masz dwie ręce, znasz się na tych sprawach. A ja… no wiesz, ja nie mam do tego głowy.
Poczułem, jak narasta we mnie frustracja. Przez całe życie to ja byłem tym, który „zna się na sprawach”. To ja naprawiałem rowery, kiedy byliśmy dziećmi, to ja pomagałem rodzicom przy przeprowadzkach, to ja załatwiałem sprawy w urzędach. Bartek zawsze był tym, który „nie ma czasu”, „nie umie”, „nie wie jak”. A potem, przy rodzinnym stole, opowiadał, jak to razem wszystko robiliśmy.
– Słuchaj, Bartek – zacząłem powoli, starając się nie wybuchnąć. – Pomogę wam, jeśli naprawdę tego potrzebujecie. Ale nie mów, że to dlatego, że wy nam pomagaliście. Bo to nieprawda.
Bartek spojrzał na mnie zaskoczony, jakby pierwszy raz usłyszał, że ktoś mu się sprzeciwia. – No ale… przecież to normalne, że sobie pomagamy. Ty zawsze byłeś taki… pomocny.
Magda przewróciła oczami. – Może po prostu nie chcesz nam pomóc i tyle. Nie musisz się tłumaczyć.
Poczułem, jak robi mi się gorąco. – Chcę wam pomóc, ale nie lubię, kiedy ktoś przekręca fakty. Nie lubię, kiedy ktoś oczekuje ode mnie wdzięczności za coś, czego nie zrobił.
Zapadła cisza. Bartek spuścił wzrok, Magda zaczęła nerwowo przekładać kartki katalogu. Przez chwilę miałem ochotę przeprosić, powiedzieć, że przesadzam, że oczywiście im pomogę, bo przecież jesteśmy rodziną. Ale coś mnie powstrzymało. Może to była ta narastająca przez lata frustracja, może świadomość, że jeśli teraz się ugnę, to już zawsze będę tym, który „musi”.
– Wiesz co, Bartek? – powiedziałem w końcu. – Pomogę ci, ale na moich warunkach. Nie będę robił wszystkiego sam. Jeśli chcesz, żebym ci pomógł, to musisz być przy tym. Musisz się nauczyć, jak to się robi. Nie będę twoim darmowym robotnikiem.
Bartek spojrzał na mnie z niedowierzaniem. – Ale… ja się na tym nie znam. Ty zawsze wszystko robiłeś.
– To się nauczysz – odpowiedziałem twardo. – Albo nie rób remontu, jeśli nie jesteś gotów się zaangażować.
Magda wstała z kanapy, rzucając mi lodowate spojrzenie. – Może nie powinniśmy cię prosić. Może znajdziemy kogoś innego.
Wzruszyłem ramionami. – Może powinniście.
Przez chwilę panowała cisza. W końcu Bartek westchnął. – Dobra, pomyślę o tym. Ale wiesz, to nie jest łatwe. Ja mam pracę, Magda też. Nie mamy czasu na takie rzeczy.
– Ja też mam pracę – odpowiedziałem spokojnie. – I rodzinę. I swoje życie. Ale kiedy miałem remont, nie słyszałem od was nawet „czy czegoś potrzebujesz?”.
Bartek spuścił wzrok. – Może masz rację. Może trochę przesadziliśmy.
Magda tylko prychnęła i wyszła z pokoju. Bartek został, patrząc na mnie z mieszaniną wstydu i złości. – Wiesz, czasem mam wrażenie, że ty zawsze musisz mieć rację.
Uśmiechnąłem się smutno. – Nie chodzi o rację, Bartek. Chodzi o uczciwość. O to, żeby nie udawać, że coś się zrobiło, kiedy się tego nie zrobiło. O to, żeby nie oczekiwać od innych więcej, niż samemu się daje.
Bartek pokiwał głową, ale widziałem, że nie do końca rozumie. Może nigdy nie zrozumie. Może zawsze będzie tym, który oczekuje, że ktoś inny za niego wszystko załatwi. Ale ja już nie chcę być tym kimś.
Kiedy wyszli, usiadłem na kanapie i poczułem, jak schodzi ze mnie napięcie. Przez chwilę miałem wyrzuty sumienia – czy nie byłem zbyt ostry? Czy nie powinienem po prostu pomóc, jak zawsze? Ale potem przypomniałem sobie wszystkie te razy, kiedy to ja potrzebowałem pomocy, a jej nie dostałem. Wszystkie te razy, kiedy byłem „tym odpowiedzialnym”, „tym, który się zna”, „tym, który nie narzeka”.
Może czasem trzeba postawić granicę. Może czasem trzeba powiedzieć „dość”.
Czy rodzina naprawdę oznacza, że zawsze musimy się poświęcać, nawet jeśli nikt tego nie docenia? Czy można być dobrym bratem, nie pozwalając się wykorzystywać? Może właśnie na tym polega dorosłość – na odwadze, by powiedzieć „nie”.