Przestań narzekać — zacznij działać! Dzisiaj, 14 marca 2024
„Ależ Krysieńko, ile można?” — rozległ się z korytarza donośny głos Haliny. — „Znowu płaczesz? Słyszę przez ścianę! Co się tym razem stało?”
Otarłam łzy rękawem szlafroka i otworzyłam drzwi. Halina stała z paczką drożdżówek, jakby to był dzień jak co dzień.
— No, jak zwykle, ciociu Halinko… Znowu sprawy… — zaczęłam.
— Jakie „sprawy”? Mów prosto. — weszła do środka, rozejrzała się po kuchni. W zlewie kubki, na stole leki, w kącie pieluchy. — To nie są „sprawy”. To jest więzienie.
Zamarłam.
— Nie mów tak. To moja mama.
Z pokoju dobiegł chrapliwy głos:
— Kryśka! Woda! I gdzie są moje okulary?!
— Już, mamo! — krzyknęłam odruchowo, a potem ściszyłam głos do Haliny. — Widzisz? Nie mogę jej zostawić.
Halina postawiła drożdżówki na stole.
— A kto zostawił ciebie? — zapytała ostro. — Od kiedy Jurek wyjechał, ty się zwijasz jak szmatka. Cała klatka wie, że nie śpisz po nocach. A twoja mama? Ona cię kocha, ale ona też cię… trzyma.
— Nie rozumiesz. — głos mi się załamał. — Lekarz mówił, że nie może być sama. A Mariusz… Mariusz ma swoje życie.
— Mariusz ma wygodę. — Halina parsknęła. — W Polsce zawsze tak jest. Córka ma „serce”, a syn ma „pracę”.
Wtedy mama zawołała głośniej:
— Kryśka! No ile?!
Zrobiło mi się gorąco. Wstyd. Złość. I coś jeszcze. Coś, co bolało bardziej niż zmęczenie.
— Dobrze! — krzyknęłam do pokoju. — Już idę!
Halina złapała mnie za rękaw.
— Nie idź teraz. Najpierw zadzwoń do Mariusza. Przy mnie.
— Nie… — próbowałam się wyrwać.
— Krystyna. — powiedziała cicho, ale tak, że nie dało się odmówić. — Przestań narzekać. Zacznij działać.
Wyciągnęłam telefon. Palce mi drżały. Wybrałam numer.
— No? — odebrał Mariusz, jakby mu ktoś przeszkodził.
— Mariusz, musimy pogadać. — przełknęłam ślinę. — Mama… ja nie daję rady sama.
— Ty zawsze dramatyzujesz. — westchnął. — Weź się w garść.
Halina nachyliła się do słuchawki.
— Mariusz, tu Halina. Słyszę twoją siostrę przez ścianę. I powiem ci jedno: albo bierzesz dyżury, albo jutro idziemy do opieki społecznej i załatwiamy pomoc. I wszyscy w bloku też będą wiedzieć, czemu Krystyna płacze.
Zapadła cisza.
— Co ty się wtrącasz? — warknął.
— Wtrącam się, bo to jest człowiek, a nie automat do karmienia. — Halina nie podniosła głosu. — I bo w tym kraju za często kobiety mają „być dzielne”, aż pękną.
W słuchawce znowu cisza. Potem Mariusz powiedział ciszej:
— Dobra. Przyjadę w sobotę. Na dwa dni. Ale żadnych urzędów.
— Nie na „dwa dni”. — powiedziałam, zanim zdążyłam się przestraszyć własnych słów. — Na stałe w grafiku. Albo opiekunka. Ja wracam do pracy.
— Jakiej pracy? — prychnął. — Przecież ty rzuciłaś.
— Właśnie. Rzuciłam. Dla mamy. I już dość.
Usłyszałam szelest, jakby się podnosił.
— Ty mi tu nie będziesz stawiać warunków.
— Będę. — głos mi zadrżał, ale nie uciekł. — Bo inaczej mnie tu nie będzie. Rozumiesz? Ja też jestem czyjaś.
Rozłączył się.
W mieszkaniu zrobiło się tak cicho, że aż bolało. Mama z pokoju mruknęła coś pod nosem.
Halina odsunęła krzesło i usiadła.
— I co teraz? — zapytała.
— Teraz idę do mamy. — odpowiedziałam. — Ale najpierw… — wzięłam głęboki oddech. — Najpierw zadzwonię do przychodni. Zapytam o opiekę długoterminową. I do dawnej szefowej. Może jeszcze mnie weźmie.
— No. — Halina skinęła głową. — Wreszcie.
Weszłam do pokoju. Mama leżała z twarzą ściągniętą złością.
— Co ty tam znowu knujesz? — syknęła.
Usiadłam na brzegu łóżka.
— Mamo, ja cię nie zostawiam. — powiedziałam spokojnie. — Ale ja też nie umrę przy tobie.
— Jak ty śmiesz… — zaczęła.
— Śmiem. — przerwałam. — Bo jestem zmęczona. Bo się boję, że któregoś dnia nie wstanę. I wtedy dopiero będziesz sama.
Mama patrzyła na mnie długo. W jej oczach mignęło coś miękkiego, szybko schowane.
— To… kto mi poda wodę? — zapytała ciszej.
Podałam jej kubek.
— Ja. Dziś ja. W sobotę Mariusz. A potem ktoś jeszcze. I wszyscy się tego nauczymy.
Kiedy wyszłam z pokoju, Halina stała w drzwiach kuchni.
— Widzisz? — powiedziała. — Da się.
Da się. Tylko czemu trzeba dojść do ściany, żeby wreszcie powiedzieć „dość”?
A wy… kiedy ostatni raz wybraliście siebie, nie uciekając od miłości? I czy da się kochać rodzinę, nie tracąc własnego życia?