Wolność po trzydziestu pięciu latach: Historia Marii z Poznania

— Maria, czy ty naprawdę nie widzisz, że to wszystko nie ma już sensu? — głos mojego męża, Andrzeja, rozbrzmiewał w kuchni jak wyrok. Stałam przy zlewie, z rękami zanurzonymi w ciepłej wodzie, a w głowie miałam pustkę. Odwróciłam się powoli, patrząc na niego, jakby był kimś obcym. W jego oczach nie było już czułości, tylko znużenie i irytacja. — Ja… nie wiem, co mam powiedzieć — wyszeptałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. — Może po prostu nie mów nic — rzucił i wyszedł z kuchni, trzaskając drzwiami.

To był ten dzień, kiedy wszystko się rozpadło. Po trzydziestu pięciu latach wspólnego życia, po tysiącach wspólnych śniadań, kłótniach o drobiazgi, po narodzinach naszych dzieci, Andrzej postanowił odejść. Zostawił mnie dla młodszej kobiety, czterdziestoletniej Ewy, którą poznał w warsztacie samochodowym swojego przyjaciela. Wtedy świat mi się zawalił. Przez kilka tygodni chodziłam jak cień, nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nasz syn, Tomek, i dwie córki, Kasia i Ola, próbowali mnie pocieszać, ale widziałam w ich oczach ten sam ból i niedowierzanie.

Zawsze myślałam, że jesteśmy modelową rodziną. Sąsiedzi zazdrościli nam dzieci, które nigdy nie sprawiały większych problemów, wspólnych wakacji nad Bałtykiem, niedzielnych obiadów, na które Andrzej czasem łaskawie przychodził, jeśli nie miał ważniejszego meczu do obejrzenia. Ale prawda była inna. Przez lata to ja byłam tą, która dbała o wszystko. To ja wstawałam pierwsza, szykowałam śniadania, pilnowałam rachunków, chodziłam na wywiadówki, a kiedy Andrzej miał gorszy dzień, znosiłam jego narzekania na rząd, sąsiadów i moje rzekome niechlujstwo.

Czasem miałam wrażenie, że jestem przezroczysta. Kiedy byłam chora, Andrzej nie pytał, czy czegoś potrzebuję. Oczekiwał, że wszystko będzie jak zawsze. — Przecież to tylko przeziębienie, nie przesadzaj — mówił, kiedy ledwo stałam na nogach. Ale kiedy on miał katar, świat musiał się zatrzymać. Gotowałam mu rosół, podawałam leki, przynosiłam termometr. Dziś widzę, jak bardzo pozwoliłam się zepchnąć na margines własnego życia.

Po jego odejściu długo nie mogłam dojść do siebie. Najgorsze były wieczory, kiedy dom nagle stawał się zbyt cichy, a ja nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Próbowałam czytać, oglądać seriale, ale wszystko wydawało się bez sensu. Czułam się jak stara, niepotrzebna rzecz, którą ktoś wyrzucił na śmietnik. Moje córki, Kasia i Ola, były wtedy moim największym wsparciem. — Mamo, życie się na tym nie kończy — powtarzały. — Teraz masz czas dla siebie. Możesz robić, co chcesz.

Początkowo nie wierzyłam, że to możliwe. Przez tyle lat żyłam dla innych, że zapomniałam, jak to jest myśleć o sobie. Każdy dzień był podporządkowany rodzinie, a ja sama byłam gdzieś na końcu tej listy. Kiedy Andrzej odszedł, poczułam się, jakbym straciła nie tylko męża, ale i sens życia. Ale z czasem zaczęłam dostrzegać, że to, co wydawało się końcem, może być początkiem czegoś nowego.

Zaczęłam wychodzić na długie spacery po parku Cytadela. Słuchałam śpiewu ptaków, patrzyłam na ludzi i powoli uczyłam się na nowo oddychać. Kupiłam sobie nową sukienkę, pierwszy raz od lat nie pytając nikogo o zdanie. Zaczęłam chodzić na zajęcia jogi, gdzie poznałam inne kobiety, które też przeszły przez rozwód. Rozmawiałyśmy godzinami o tym, jak trudno jest zacząć od nowa, jak boli samotność, ale też jaką daje wolność.

Pewnego dnia spotkałam Andrzeja na ulicy. Był z Ewą. Przeszli obok mnie, udając, że mnie nie widzą. Przez chwilę poczułam ukłucie żalu, ale potem przyszła ulga. Już nie musiałam się tłumaczyć, już nie musiałam udawać, że wszystko jest w porządku. Byłam wolna.

Oczywiście, nie wszystko było łatwe. Były dni, kiedy płakałam do poduszki, kiedy tęskniłam za dawnym życiem, za rutyną, która dawała poczucie bezpieczeństwa. Ale były też dni, kiedy czułam się silna. Kiedy patrzyłam w lustro i widziałam kobietę, która przetrwała burzę i nie dała się złamać.

Najtrudniejsze było wybaczyć sobie. Wybaczyć, że przez tyle lat pozwalałam się lekceważyć, że nie walczyłam o siebie. Dziś wiem, że w małżeństwie trzeba być trochę samolubnym. Trzeba dbać o siebie, bo jeśli sami siebie nie szanujemy, inni też tego nie zrobią. Pokazujemy innym, jak mają nas traktować. Ja przez lata pokazywałam Andrzejowi, że może na mnie polegać, ale też że może mnie ignorować. Kiedy był chory, byłam przy nim, kiedy ja potrzebowałam wsparcia, zostawałam sama.

Dziś jestem wolna. Nie szukam nowego związku, nie potrzebuję nikogo, kto miałby mnie „uratować”. Mam swoje życie, swoje pasje, swoje marzenia. Czasem myślę, że gdyby Andrzej wrócił, nawet na kolanach, nie przyjęłabym go z powrotem. On już raz wybrał nie mnie, a ja teraz wybieram siebie. I to jest najważniejsze.

Często zastanawiam się, ile kobiet żyje tak jak ja kiedyś — dla innych, zapominając o sobie. Ile z nas czeka, aż ktoś nas zauważy, doceni, pokocha? A może to my same powinnyśmy być dla siebie najważniejsze? Może czasem trzeba pozwolić sobie na odrobinę egoizmu, żeby naprawdę być szczęśliwą?

Patrzę w lustro i widzę nową siebie. Silniejszą, pewniejszą, spokojniejszą. Może nie wszystko w życiu można naprawić, ale zawsze można zacząć od nowa. Czy to nie jest największa siła, jaką mamy jako kobiety — umieć podnieść się po upadku i iść dalej, z podniesioną głową?

Czasem pytam siebie: czy gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym coś inaczej? Może tak, może nie. Ale wiem jedno — teraz już nigdy nie zapomnę o sobie. I tego życzę każdej kobiecie, która czyta tę historię. Czy Wy też kiedyś musiałyście nauczyć się wybierać siebie?