Wyrzucona jak bezdomny pies – Historia Kingi z Poznania

— Pani, pani telefon upadł! Proszę chwilę! — krzyknął nieznajomy, przekrzykując szum ulewy. Zatrzymałam się, choć nie miałam na to ochoty. Byłam przemoczona do suchej nitki, a łzy mieszały się z deszczem, spływając po mojej twarzy. Odwróciłam się powoli, czując, jak ciężar ostatnich godzin przygniata mnie do ziemi. — To pani? — zapytał, podając mi mokry smartfon z pękniętym ekranem. Skinęłam głową, ledwo powstrzymując szloch. Wzięłam telefon, nawet nie dziękując, i ruszyłam dalej, nie patrząc już na niego.

Jeszcze kilka godzin temu siedziałam w ciepłym salonie, słuchając, jak mama znowu wykrzykuje mi w twarz, że jestem niewdzięczna, że nie szanuję rodziny, że przez mnie ojciec ma podwyższone ciśnienie. — Kinga, ile razy mam ci powtarzać, że nie będziesz się włóczyć po nocach?! — wrzeszczała, a jej głos odbijał się echem od ścian naszego mieszkania na Jeżycach. — Nie jestem już dzieckiem! Mam dwadzieścia dwa lata, mogę sama decydować! — próbowałam się bronić, ale wiedziałam, że to walka z wiatrakami. Ojciec siedział w fotelu, milczący, zaciśnięte pięści zdradzały, że zaraz wybuchnie. — Albo się dostosujesz, albo wynoś się z tego domu! — powiedział w końcu, nie patrząc mi w oczy.

Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Przecież byłam ich córką, ich jedynaczką. Ale kiedy zobaczyłam, jak mama pakuje moje rzeczy do torby, zrozumiałam, że nie żartują. — Idź do tej swojej koleżanki, skoro ona jest dla ciebie ważniejsza niż rodzina! — syknęła, rzucając mi torbę pod nogi. — Nie wracaj, dopóki nie zrozumiesz, co to znaczy być córką! — dodała, a jej oczy płonęły gniewem. Wyszłam, trzaskając drzwiami, z sercem roztrzaskanym na milion kawałków.

Teraz szłam przez Poznań, nie mając dokąd pójść. Asia, moja najlepsza przyjaciółka, nie odbierała telefonu. Może była zajęta, a może po prostu nie chciała się wtrącać w moje rodzinne sprawy. Przypomniałam sobie, jak jeszcze niedawno śmiałyśmy się razem na Starym Rynku, planując wspólne wakacje. Teraz byłam sama. Przechodziłam obok starej kamienicy, kiedy usłyszałam, jak ktoś za mną biegnie. — Kinga! — rozpoznałam głos Bartka, mojego byłego chłopaka. — Co ty tu robisz o tej porze? — zapytał, patrząc na mnie z troską. — Nie mam gdzie iść — wyszeptałam, a łzy znowu napłynęły mi do oczu. — Chodź do mnie, wyschniesz, pogadamy — zaproponował, a ja, nie mając innego wyjścia, zgodziłam się.

W jego mieszkaniu było ciepło i przytulnie, zupełnie inaczej niż w moim domu, gdzie od miesięcy czułam tylko chłód i napięcie. — Co się stało? — zapytał, podając mi herbatę. — Wyrzucili mnie z domu — odpowiedziałam, patrząc w kubek. — Przez co? — Przez wszystko. Przez to, że chcę żyć po swojemu, że nie chcę być taka jak oni. — Kinga, twoja mama zawsze była surowa, ale żeby aż tak… — Bartek pokręcił głową. — Nie wracaj tam, jeśli masz cierpieć. — Ale gdzie mam pójść? — zapytałam, czując, jak ogarnia mnie panika. — Możesz zostać u mnie, ile chcesz — powiedział cicho.

Zostałam. Przez pierwsze dni czułam się jak intruz. Bartek był miły, ale wiedziałam, że nie mogę tu zostać na zawsze. Szukałam pracy, ale bez doświadczenia i z dyplomem z filologii polskiej nie było łatwo. Wysyłałam CV, chodziłam na rozmowy, ale wszędzie słyszałam to samo: „Odezwzemy się”. Czułam, że tracę grunt pod nogami. Bartek próbował mnie pocieszać, ale widziałam, że jest zmęczony moją obecnością. — Może powinnaś pogodzić się z rodzicami? — zapytał pewnego wieczoru. — Nie mogę. Nie po tym, co mi powiedzieli — odpowiedziałam, a łzy znowu popłynęły mi po policzkach.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie ciotka Halina. — Kinga, słyszałam, co się stało. Przyjedź do mnie do Gniezna, odpoczniesz, przemyślisz wszystko — zaproponowała. Zgodziłam się, bo nie miałam już siły walczyć. W pociągu do Gniezna patrzyłam przez okno na szare pola i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Czy naprawdę byłam taką złą córką? Czy to ja powinnam przepraszać, czy oni?

U ciotki było spokojnie, ale czułam się jak gość. Halina była dobra, ale nie rozumiała moich problemów. — Twoja mama zawsze była dumna, ale kocha cię, tylko nie umie tego okazać — mówiła. — Może powinnaś do niej zadzwonić? — Nie mogę, ciociu. Nie po tym, jak mnie wyrzuciła — odpowiadałam. Wieczorami płakałam w poduszkę, czując się coraz bardziej samotna. Próbowałam znaleźć pracę w Gnieźnie, ale bez skutku. Zaczęłam rozważać powrót do Poznania, choć nie miałam dokąd wrócić.

Pewnego dnia dostałam wiadomość od mamy: „Jeśli chcesz wrócić, musisz przeprosić”. Zamarłam. Przeprosić? Za co? Za to, że chciałam być sobą? Za to, że nie chciałam żyć według ich zasad? Odpisałam tylko: „Nie mogę”. Wiedziałam, że to zamyka drzwi na zawsze.

Wróciłam do Poznania, wynajęłam pokój w starej kamienicy na Łazarzu. Było ciasno, zimno i wilgotno, ale przynajmniej byłam u siebie. Znalazłam pracę w kawiarni, gdzie codziennie obsługiwałam ludzi, którzy nawet nie patrzyli mi w oczy. Czasem przychodziła starsza pani, która zawsze zostawiała mi napiwek i mówiła: „Nie martw się, wszystko się ułoży”. Ale ja nie wierzyłam, że kiedykolwiek się ułoży.

Minęły miesiące. Nauczyłam się żyć sama, choć każdego dnia czułam pustkę. Czasem spotykałam Bartka, ale nasze drogi się rozeszły. Asia wróciła do mojego życia, ale już nie było tak jak dawniej. — Przepraszam, że wtedy nie odebrałam — powiedziała kiedyś. — Bałam się, że nie będę umiała ci pomóc. — Rozumiem — odpowiedziałam, choć w środku czułam żal.

Rodzice nie odezwali się więcej. Czasem widziałam ich na ulicy, ale odwracali wzrok. Bolało, ale nauczyłam się z tym żyć. Zrozumiałam, że czasem rodzina to nie ci, którzy dali ci życie, ale ci, którzy są przy tobie, kiedy najbardziej tego potrzebujesz.

Dziś, kiedy patrzę w lustro, widzę inną siebie. Silniejszą, choć wciąż z bliznami. Czasem zastanawiam się, czy mogłam coś zrobić inaczej. Czy gdybym przeprosiła, byłoby lepiej? Czy rodzina naprawdę powinna być ważniejsza niż własne szczęście?

Czy warto walczyć o siebie, nawet jeśli oznacza to samotność? A może czasem lepiej odpuścić i wrócić, nawet jeśli trzeba przełknąć dumę? Co wy byście zrobili na moim miejscu?