Za ścianą – nie ma spokoju: Opowieść o sąsiedzkim piekle i rodzinnych ranach

— Włącz wreszcie ten cholerny telewizor ciszej! — krzyknęłam, uderzając pięścią w ścianę tak mocno, że aż zabolały mnie kostki. Była druga w nocy. Znowu. Zza ściany rozlegał się huk, jakby ktoś postanowił urządzić koncert rockowy w środku bloku. Czułam, jak drżą mi szyby w oknach, a serce wali mi w piersi z bezsilnej złości. — Środek nocy, ludzie śpią! — dodałam jeszcze głośniej, choć wiedziałam, że to nic nie da.

W odpowiedzi muzyka tylko przybrała na sile. Przez chwilę miałam wrażenie, że ściana między naszymi mieszkaniami znika, a ja stoję na scenie, otoczona przez tłum wrzeszczących ludzi. Zacisnęłam powieki i policzyłam do dziesięciu. To nie pierwszy raz. To nie pierwszy raz, kiedy czuję się jak intruz we własnym domu.

— Mamo, nie denerwuj się — odezwała się cicho moja córka, Ania, wychylając się z pokoju. Miała podkrążone oczy i rozczochrane włosy. — I tak nie przestanie. Może spróbujmy spać przy zamkniętych drzwiach?

Popatrzyłam na nią bezradnie. Miała dopiero szesnaście lat, a już nauczyła się rezygnować z walki. Ja nie potrafiłam. Nie mogłam pogodzić się z tym, że ktoś za ścianą decyduje o naszym życiu.

— To nie jest normalne — wyszeptałam bardziej do siebie niż do niej. — Nie możemy tak żyć.

Ania wzruszyła ramionami i wróciła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi, ale wiedziałam, że i tak nie zaśnie. Tak samo jak ja.

Usiadłam na kanapie i objęłam kolana ramionami. Przypomniałam sobie czasy, kiedy przeprowadziliśmy się tutaj z mężem, Piotrem. Byliśmy młodzi, pełni nadziei. Mieszkanie w bloku na warszawskim Ursynowie wydawało się spełnieniem marzeń: własny kąt, sąsiedzi, z którymi można porozmawiać na klatce schodowej, dzieci bawiące się na podwórku. Wszystko miało być dobrze.

Ale potem Piotr odszedł. Zostawił mnie z Anią i kredytem na mieszkanie. Przez długi czas nie mogłam się pozbierać. Praca w szkole dawała mi poczucie sensu, ale po powrocie do domu czułam tylko pustkę i zmęczenie. A potem pojawił się ON — nowy sąsiad zza ściany.

Nikt nie wiedział, jak się nazywa. Widziałam go kilka razy na klatce schodowej: wysoki, łysy mężczyzna po czterdziestce, zawsze ubrany w czarną kurtkę i słuchawki na uszach. Nigdy nie odpowiadał na dzień dobry. Nigdy nie patrzył w oczy.

Na początku było cicho. Ale pewnego wieczoru usłyszałam pierwsze dźwięki muzyki — głośnej, agresywnej, pulsującej basem tak mocno, że czułam ją w żołądku. Myślałam, że to jednorazowy wybryk. Ale potem zaczęło się na dobre: codziennie wieczorem, czasem nawet w środku nocy.

Próbowałam wszystkiego: pukałam do drzwi, prosiłam grzecznie, potem coraz bardziej stanowczo. Pisałam kartki z prośbą o ciszę nocną. Raz nawet zadzwoniłam na policję — przyjechali po godzinie, pogadali z nim przez drzwi i odjechali. Następnego dnia muzyka była jeszcze głośniejsza.

Sąsiedzi milczeli. Jedni mówili mi po cichu na klatce schodowej: „Bożena, daj spokój, on jest nieobliczalny”. Inni udawali, że nic nie słyszą. Zostałam sama ze swoją bezsilnością.

Zaczęły się kłótnie z Anią. Ona chciała wyprowadzić się do ojca albo do internatu przy liceum. Ja nie chciałam jej puścić — bałam się zostać sama w tym mieszkaniu pełnym hałasu i złych wspomnień.

— Mamo, ja już nie mogę! — krzyczała pewnego wieczoru Ania, płacząc w swoim pokoju. — Ty tylko walczysz z tym sąsiadem! Nie widzisz mnie! Nie widzisz siebie! Wszystko tu jest chore!

Zatkało mnie wtedy. Poczułam się jak najgorsza matka świata.

Próbowałam rozmawiać z administracją bloku. Obiecywali interwencję, ale nic się nie zmieniało. Każda noc była walką o przetrwanie: o sen, o spokój, o resztki normalności.

Zaczęły pojawiać się u mnie bóle głowy i kołatanie serca. Lekarz powiedział mi: „Stres panią zabije”. Przepisał tabletki na uspokojenie i poradził znaleźć sobie hobby.

Ale jak mam znaleźć hobby, kiedy każda noc zamienia się w koszmar?

Pewnego dnia spotkałam sąsiadkę z góry — panią Marię. Miała osiemdziesiąt lat i zawsze nosiła kolorowe chustki na głowie.

— Bożenko, ja też słyszę tę muzykę — powiedziała cicho na klatce schodowej. — Ale ja już nie mam siły walczyć…

Popatrzyłyśmy na siebie ze smutkiem i zrozumieniem.

Wróciłam do mieszkania i rozpłakałam się jak dziecko.

Którejś nocy postanowiłam napisać list do sąsiada zza ściany. Pisałam długo — o tym, jak hałas niszczy moje życie, jak cierpi moja córka, jak bardzo pragnę choćby jednej spokojnej nocy. Wrzuciłam list do jego skrzynki następnego ranka.

Nie odpowiedział.

Tydzień później muzyka ucichła na dwa dni. Myślałam już, że coś się zmieniło… Ale potem wróciła ze zdwojoną siłą.

Zaczęłam myśleć o sprzedaży mieszkania. Ale kto kupi lokal z takim sąsiadem? Kto uwierzy mi na słowo?

Czasem łapię się na tym, że marzę o tym, by po prostu uciec — gdziekolwiek, byle dalej od tego piekła za ścianą.

Ale przecież to jest mój dom…

Dziś znów siedzę na kanapie i słucham dudnienia basów zza ściany. Ania wyjechała do ojca na weekend. Jestem sama.

Patrzę w ciemność i pytam siebie: czy naprawdę musimy godzić się na życie w ciągłym hałasie? Czy samotność i bezsilność to cena za własny kąt?

A może to ja jestem problemem? Może powinnam nauczyć się milczeć…?

Czy ktoś jeszcze czuje to samo?