Zagubiona w cieniu: Historia Marii z podwarszawskiej wsi

— Maria, podaj jeszcze sałatkę! — głos teściowej przeszył powietrze jak nóż. Stałam w kuchni, ścierając pot z czoła, bo już od godziny krzątałam się między garnkami, a w salonie rozbrzmiewały śmiechy. Andrzej nawet nie spojrzał w moją stronę, zajęty rozmową z bratem o nowym samochodzie. Poczułam, jak w gardle rośnie mi gula. Znowu byłam tylko tłem, niewidzialną pomocą domową, której nikt nie zauważa, dopóki czegoś nie zabraknie na stole.

Zawsze tak było. Od kiedy wyszłam za Andrzeja, moje życie zamieniło się w rutynę. Praca w sklepie spożywczym w naszej wsi, potem dom, gotowanie, sprzątanie, dzieci. A on? Wracał zmęczony, rzucał kurtkę na krzesło i siadał przed telewizorem. Nawet nie pytał, jak mi minął dzień. Czułam się coraz bardziej niewidzialna, jakbym była tylko dodatkiem do jego życia. Z czasem zaczęłam tyć, bo jedzenie było jedyną przyjemnością, na jaką mogłam sobie pozwolić. Każdy kilogram więcej sprawiał, że jeszcze bardziej zamykałam się w sobie.

Tego wieczoru, podczas rodzinnej imprezy z okazji imienin Andrzeja, coś we mnie pękło. Siedziałam przy stole, słuchając, jak wszyscy żartują, a ja czułam się jak intruz we własnym domu. Teściowa znowu zaczęła swoje: — Maria, a może byś się w końcu za siebie wzięła? Taka młoda, a już taka… no, wiesz. — Spojrzała na mnie z góry, a jej wzrok zatrzymał się na moim brzuchu. — Przecież Andrzej lubi zadbane kobiety.

Zrobiło mi się gorąco. Wszyscy zamilkli, a ja poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Andrzej tylko wzruszył ramionami i nalał sobie wódki. — Daj spokój, mamo — mruknął. — Maria jest, jaka jest.

Wtedy nie wytrzymałam. Wstałam gwałtownie, przewracając krzesło. — Dość! — krzyknęłam, a mój głos odbił się echem od ścian. — Mam już dość bycia niewidzialną! Dość słuchania, że jestem za gruba, za cicha, za mało ambitna! Czy ktoś z was w ogóle wie, kim jestem? Czy kogoś to obchodzi?

Zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym nagle wyrosła im przed oczami. Teściowa zacisnęła usta, Andrzej spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Maria, co ty wygadujesz? — zapytał cicho. — Przecież masz wszystko. Dom, rodzinę, dzieci…

— Mam wszystko? — przerwałam mu, czując, jak głos mi drży. — A kto mnie ostatnio zapytał, czego ja chcę? Co czuję? Czy jestem szczęśliwa? — Spojrzałam na dzieci, które siedziały w kącie, przestraszone. — Nawet one widzą, że w tym domu nie ma miłości. Jest tylko rutyna i wieczne pretensje.

Tej nocy nie spałam. Andrzej zamknął się w sypialni, a ja siedziałam w kuchni, patrząc w okno na ciemność za wsią. Przypomniałam sobie, jak kiedyś marzyłam o innym życiu. Chciałam być kimś, mieć pasję, podróżować, poznawać ludzi. Ale wszystko to gdzieś zniknęło, przykryte codziennością i brakiem wsparcia.

Następnego dnia Andrzej udawał, że nic się nie stało. — Zrobiłaś z siebie widowisko — powiedział tylko, mijając mnie w korytarzu. — Wszyscy będą gadać.

— Niech gadają — odpowiedziałam cicho. — Może w końcu ktoś zauważy, że też istnieję.

Przez kolejne dni atmosfera w domu była napięta. Dzieci chodziły na palcach, Andrzej coraz częściej wychodził do garażu albo do sąsiada na piwo. Ja zaczęłam wychodzić na długie spacery po polach. Potrzebowałam oddechu, przestrzeni, żeby poukładać myśli. Spotkałam kiedyś na drodze sąsiadkę, panią Halinę. — Coś się stało, Marysiu? — zapytała z troską. — Wyglądasz na zmęczoną.

Nie wytrzymałam i opowiedziałam jej wszystko. O tym, jak czuję się niewidzialna, jak Andrzej mnie ignoruje, jak teściowa mnie poniża. Pani Halina uścisnęła mnie mocno. — Wiesz, ja też tak miałam. Ale w końcu powiedziałam dość. Zaczęłam robić coś dla siebie. Ty też możesz, Marysiu. Jesteś silniejsza, niż myślisz.

Te słowa długo dźwięczały mi w głowie. Zaczęłam czytać książki, które kiedyś lubiłam. Zapisałam się na zajęcia fitness w pobliskim miasteczku, choć bałam się, że wszyscy będą się ze mnie śmiać. Ale nie śmiali się. Spotkałam tam inne kobiety, które też miały swoje problemy. Zaczęłam się otwierać, rozmawiać, śmiać się. Po raz pierwszy od lat poczułam, że żyję.

Andrzej patrzył na to z niechęcią. — Po co ci to wszystko? — pytał. — Przecież masz rodzinę, dom. Po co ci te głupoty?

— Bo chcę być szczęśliwa — odpowiedziałam. — Chcę być kimś więcej niż tylko twoją żoną i matką twoich dzieci.

Z czasem zaczęłam się zmieniać. Schudłam, nabrałam pewności siebie. Dzieci zauważyły, że mama się uśmiecha, że ma energię. Ale Andrzej coraz bardziej się oddalał. Zaczęły się kłótnie. — Zmieniłaś się, Maria. Nie poznaję cię — mówił z wyrzutem.

— Może wreszcie jestem sobą — odpowiadałam spokojnie.

Pewnego dnia spakowałam walizkę i pojechałam z dziećmi do siostry do Warszawy. Potrzebowałam czasu, żeby przemyśleć, czego chcę od życia. Andrzej nie próbował mnie zatrzymać. Może myślał, że wrócę, jak zawsze. Ale tym razem było inaczej.

W Warszawie poczułam się wolna. Znalazłam pracę w kawiarni, poznałam nowych ludzi. Dzieci zaczęły chodzić do nowej szkoły, były szczęśliwe. Ja też. Po raz pierwszy od lat spojrzałam w lustro i zobaczyłam kobietę, która ma marzenia i odwagę, by je realizować.

Czasem myślę o Andrzeju, o naszym domu na wsi. Czy mogłam coś zrobić inaczej? Czy powinnam była walczyć o nasze małżeństwo? Ale wiem jedno — nie chcę już być cieniem. Chcę być sobą, dla siebie i dla moich dzieci.

Czy naprawdę trzeba było aż takiego wstrząsu, żeby się obudzić? Ile kobiet wokół nas żyje w cieniu, nie mając odwagi powiedzieć: „Dość!”? Może to właśnie jest pytanie, które powinniśmy sobie wszyscy zadać.