Zmuszona wybrać: Jak przekonałam męża, by odciął się od własnej rodziny, zanim zniszczyli nasze życie
– Znowu dzwoniła twoja matka. Pytała, czy już się rozstaliśmy – powiedziałam, ledwo powstrzymując łzy. Stałam w kuchni, ściskając kubek z herbatą tak mocno, że aż bolały mnie palce. Michał spojrzał na mnie bezradnie, jakby nie rozumiał, dlaczego to wszystko tak bardzo mnie boli.
– Ola, przecież ona się tylko martwi… – zaczął, ale przerwałam mu gwałtownie.
– Nie, Michał. Ona nie martwi się o ciebie. Ona chce nas rozdzielić. Od początku ci to mówiłam!
W powietrzu zawisła cisza. Słychać było tylko cichy szum lodówki i oddechy – moje przyspieszone, jego ciężkie. W tej chwili poczułam, że stoję na krawędzi. Albo uratuję nasze małżeństwo, albo pozwolę, by twoja rodzina je zniszczyła.
Nie zawsze tak było. Gdy poznałam Michała na studiach w Krakowie, wydawał mi się najcieplejszym człowiekiem na świecie. Zakochałam się w jego łagodności i poczuciu humoru. Jego rodzina – matka Barbara, ojciec Janusz i młodsza siostra Kasia – wydawali się zwyczajni. Dopiero po ślubie zobaczyłam ich prawdziwe oblicze.
Pierwsze sygnały były subtelne. Barbara potrafiła zadzwonić do Michała nawet pięć razy dziennie. „Zjadłeś coś? Ola ci ugotowała?” – pytała z troską podszytą jadem. Kiedyś usłyszałam przez przypadek: „Nie wiem, czy Ola to dobra żona dla ciebie. Może jeszcze się rozmyśli?” Michał śmiał się wtedy i mówił: „Mama taka już jest”. Ale ja czułam, jakby ktoś wbijał mi igły pod skórę.
Z czasem było coraz gorzej. Każde nasze święta zamieniały się w pole bitwy o to, gdzie pojedziemy – do moich rodziców czy do jego. Jeśli wybieraliśmy moich, Barbara potrafiła nie odzywać się do Michała przez tydzień. Kiedyś podczas Wigilii u nas zadzwoniła i płakała do słuchawki: „Synku, jak mogłeś mi to zrobić? Siedzę tu sama…” Michał rzucił widelec i wybiegł na balkon. Wrócił po godzinie, blady i roztrzęsiony.
Próbowałam rozmawiać z nim o tym spokojnie:
– Kochanie, twoja mama nie daje nam żyć. Musimy postawić granice.
– Ola, ona jest po prostu samotna…
– Ale my też mamy prawo do własnego życia!
Za każdym razem kończyło się kłótnią albo milczeniem. Czułam się coraz bardziej samotna w tym małżeństwie. Moja własna matka mówiła: „Olu, nie daj sobą pomiatać”. Ale jak miałam to zrobić? Przecież kochałam Michała.
Najgorsze przyszło po narodzinach naszego syna, Antosia. Barbara przyjechała do nas już w drugi dzień po porodzie i została… na dwa tygodnie! Wchodziła do naszej sypialni bez pukania, poprawiała mi poduszkę pod głową, krytykowała sposób karmienia.
– Ty go głodzisz! – krzyczała pewnego wieczoru.
– Proszę cię, mamo… – próbował ją uciszyć Michał.
– Nie mieszaj się! Ola nie wie, co robi!
Płakałam wtedy w łazience, trzymając się umywalki jak tonąca tratwy. Michał był rozdarty – próbował być lojalny wobec mnie i wobec matki jednocześnie. Ale ja czułam się zdradzona.
Po dwóch tygodniach Barbara wyjechała obrażona. Zostawiła po sobie bałagan i atmosferę gęstą jak smoła. Michał zamknął się w sobie. Przestał ze mną rozmawiać o swoich uczuciach. Zaczęliśmy się mijać w domu jak obcy ludzie.
Pewnego wieczoru usłyszałam jego rozmowę telefoniczną z matką:
– Mamo, nie mogę tak dłużej… Ola jest zmęczona…
– To ona cię nastawia przeciwko mnie! Zawsze wiedziałam, że ona cię ode mnie zabierze!
Wtedy coś we mnie pękło. Wiedziałam już, że muszę działać.
Następnego dnia usiadłam z Michałem przy stole.
– Albo my, albo oni – powiedziałam cicho.
– Co ty mówisz?
– Jeśli nie postawisz granic swojej rodzinie, nie dam rady dalej tak żyć.
Widziałam w jego oczach strach i ból. Ale też coś jeszcze – może cień zrozumienia?
Przez kilka dni chodziliśmy wokół siebie jak duchy. Michał był zamknięty w sobie, ja płakałam nocami do poduszki. W końcu przyszedł do mnie i powiedział:
– Zadzwonię do mamy i powiem jej, że musimy ograniczyć kontakt.
Nie wierzyłam własnym uszom.
Rozmowa była długa i bolesna. Siedziałam obok Michała na kanapie i słyszałam tylko jego urywany głos:
– Mamo… musimy trochę odpocząć od siebie… Tak, kocham cię… Ale muszę zadbać o swoją rodzinę…
Po tej rozmowie Barbara przestała dzwonić codziennie. Przestały się pojawiać kąśliwe SMS-y od Kasi i Janusza. Przez kilka tygodni było cicho jak nigdy wcześniej.
Ale ta cisza była inna niż spokój. Czułam ciężar winy na sercu. Michał chodził przygaszony, często patrzył w okno zamyślony.
Pewnego dnia zapytałam go:
– Żałujesz?
– Nie wiem… Straciłem rodzinę dla ciebie…
– Nie straciłeś mnie.
Przytuliłam go mocno, ale wiedziałam, że ta rana będzie się długo goić.
Minęły miesiące. Nasze życie powoli wracało do normy. Antoś rósł zdrowo, a my uczyliśmy się być rodziną na nowo – bez ciągłego wpływu Barbary i reszty. Ale czasem widziałam łzy w oczach Michała, gdy oglądał stare zdjęcia z dzieciństwa albo słuchał piosenek z młodości.
Często zastanawiam się nocami: czy zrobiłam dobrze? Czy miałam prawo odebrać mu rodzinę? A może powinnam była być silniejsza i po prostu nauczyć się żyć z ich obecnością?
Czasem patrzę na śpiącego Michała i pytam siebie: czy szczęście naszej rodziny naprawdę było warte tej ceny? Czy można być szczęśliwym, gdy ktoś inny cierpi przez nasze decyzje?
A wy? Co byście zrobili na moim miejscu?