„Czy znowu zaspałaś? Czas zrobić śniadanie dla Leona!” – Koniec pewnej miłości w polskiej codzienności
„Czy znowu zaspałaś? Czas zrobić śniadanie dla Leona!” – przeczytałam na ekranie telefonu, zanim jeszcze zdążyłam otworzyć oczy. Palce miałam zaciśnięte na kołdrze, a w gardle czułam znajome już pieczenie. To była wiadomość od pani Haliny, mojej teściowej, która od miesięcy czuła się upoważniona do komentowania każdego aspektu mojego życia. Przez chwilę leżałam nieruchomo, patrząc w sufit naszego dwupokojowego mieszkania na warszawskim Mokotowie, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz obudziłam się bez uczucia winy.
Leon jeszcze spał. Jego ciemne włosy były rozczochrane, a na twarzy miał ten niewinny wyraz, który kiedyś mnie urzekł. Ale teraz widziałam tylko zmęczenie i rozczarowanie – swoje własne odbicie w jego śnie. Przypomniałam sobie, jak dwa lata temu śmialiśmy się do łez na pierwszej randce w kawiarni przy Placu Zbawiciela. Wtedy wydawało mi się, że znalazłam kogoś, kto będzie mnie wspierał, kto będzie partnerem, a nie kolejnym dzieckiem do wychowania.
Wstałam po cichu i weszłam do kuchni. Na stole leżały brudne talerze z wczorajszego wieczoru – Leon obiecał je pozmywać, ale jak zwykle zapomniał. Otworzyłam lodówkę i zobaczyłam tylko resztki sera i kilka jajek. Westchnęłam ciężko. Wzięłam telefon i odpisałam teściowej: „Już robię śniadanie.”
W głowie miałam tysiące myśli. Ostatnie miesiące były niekończącą się powtórką: praca, dom, gotowanie, sprzątanie, opieka nad Leonem, który coraz częściej zachowywał się jak rozkapryszone dziecko. Jego matka dzwoniła codziennie – czasem nawet kilka razy – pytając, czy Leon zjadł, czy ma czyste koszule, czy nie jest przeziębiony. Za każdym razem czułam się coraz bardziej niewidzialna.
– Zrobiłaś mi kawę? – usłyszałam za plecami zaspany głos Leona.
Odwróciłam się powoli. Stał w drzwiach kuchni w starym t-shircie i bokserkach, przecierając oczy.
– Jeszcze nie – odpowiedziałam cicho. – Ale zaraz zrobię.
– Wiesz, mama mówiła mi wczoraj, że powinnaś bardziej się starać. Że kiedy ona była młoda, to zawsze wszystko było gotowe na czas.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Ile razy jeszcze usłyszę porównania do jego matki? Ile razy jeszcze będę musiała tłumaczyć się z tego, że jestem zmęczona?
– Leon, czy ty w ogóle widzisz, co się dzieje? – zapytałam nagle, sama siebie zaskakując odwagą w głosie.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
– O co ci chodzi? Przecież wszystko jest okej.
– Nie, Leon. Nic nie jest okej. Od miesięcy czuję się jak służąca w tym domu. Twoja mama traktuje mnie jak dziecko do wychowania. Ty… Ty nawet nie zauważasz, że ja też mam swoje potrzeby.
Zapanowała cisza. Leon patrzył na mnie bez zrozumienia.
– Przesadzasz – mruknął w końcu i wyszedł z kuchni.
Zostałam sama z dźwiękiem gotującej się wody i łzami napływającymi do oczu. Przez chwilę stałam bez ruchu, aż nagle poczułam przypływ energii – gniewu i rozpaczy jednocześnie. Wróciłam do sypialni i zaczęłam pakować rzeczy do dwóch dużych toreb: kilka ubrań, kosmetyki, książki, laptopa. Każdy ruch był jak wyzwolenie.
Leon wrócił do pokoju i patrzył na mnie z niedowierzaniem.
– Co ty robisz?
– Wyjeżdżam – powiedziałam spokojnie. – Nie mogę już tak żyć.
– Przecież… przecież wszystko jest dobrze! – próbował mnie zatrzymać.
– Nie jest dobrze! – krzyknęłam przez łzy. – Jestem zmęczona byciem twoją matką! Chcę być partnerką, a nie opiekunką!
Zapanowała cisza. Leon patrzył na mnie bezradnie, jakby pierwszy raz zobaczył mnie naprawdę.
Wyszłam z mieszkania bez pożegnania. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę panią Zofię.
– Wszystko w porządku, kochanie? – zapytała z troską.
– Tak… Muszę po prostu trochę odpocząć – odpowiedziałam wymijająco.
Na dworze padał deszcz. Krople uderzały o chodnik, a ja szłam przed siebie z dwiema torbami i uczuciem ulgi pomieszanej ze strachem. Nie wiedziałam jeszcze, gdzie pójdę – może do przyjaciółki Ani na Pragę, może wynajmę pokój gdzieś na Ochocie. Ale wiedziałam jedno: nie wrócę już do tego życia.
Wieczorem zadzwoniła do mnie pani Halina.
– Jak możesz zostawić mojego syna samego?! On sobie nie poradzi!
– Może właśnie powinien nauczyć się radzić sobie sam – odpowiedziałam cicho i rozłączyłam się.
Przez następne dni czułam się jakbym uczyła się chodzić na nowo. Każdy poranek był inny: czasem budziłam się z płaczem, czasem z poczuciem wolności. Ania przyjęła mnie z otwartymi ramionami i przez kilka tygodni spałyśmy razem na jej rozkładanej kanapie, pijąc herbatę i rozmawiając do późna o wszystkim i o niczym.
Zaczęłam terapię. Po raz pierwszy od dawna ktoś słuchał mnie bez oceniania. Opowiadałam o tym, jak bardzo chciałam być „idealną dziewczyną”, jak bardzo bałam się zawieść Leona i jego matkę. Jak bardzo zatraciłam siebie w tym wszystkim.
Czasem zastanawiałam się, czy Leon tęskni. Czy nauczył się robić sobie śniadanie? Czy jego matka dalej dzwoni codziennie rano? Ale potem przypominałam sobie swoje własne odbicie w lustrze: coraz spokojniejsze oczy, coraz pewniejszy uśmiech.
Dziś wiem jedno: czasem trzeba odejść, żeby naprawdę zacząć żyć. Czasem trzeba wybrać siebie zamiast cudzych oczekiwań.
Czy to egoizm? A może po prostu odwaga? Może każda z nas powinna czasem zapytać siebie: dla kogo tak naprawdę żyję?