Miłość, która rozdarła rodzinę – Historia Marty z ulicy Sobieskiego
– Dziewczyno, możesz mi powiedzieć, gdzie jest ulica Sobieskiego? Krążę w kółko, nikt nie wie – usłyszałam nagle za plecami, kiedy nerwowo sprawdzałam godzinę na telefonie. Był listopadowy wieczór, a ja marzłam na przystanku tramwajowym przy Placu Unii Lubelskiej. Odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka z ciemnymi oczami i dużą czarną torbą przewieszoną przez ramię.
– To taki twój sposób na poznanie dziewczyny? – zapytałam, unosząc brwi, choć w środku poczułam coś dziwnego, jakby motyle w brzuchu.
– Mam na imię Igor. A ty? – uśmiechnął się szeroko, a ja poczułam, że świat na chwilę zwolnił.
– Marta – odpowiedziałam cicho, bo nagle zrobiło mi się głupio.
Tak zaczęła się historia, która zmieniła całe moje życie. Igor był inny niż wszyscy chłopcy, których znałam. Miał w sobie coś nieuchwytnego – pewność siebie, ale i jakąś smutną tajemnicę w oczach. Spotykaliśmy się coraz częściej, najpierw na kawie w małej kawiarni przy Mokotowskiej, potem na długich spacerach po Łazienkach. Opowiadał mi o swoim dzieciństwie w Białymstoku, o ojcu, który odszedł, gdy miał dziesięć lat, i o matce, która całe życie walczyła o każdy grosz.
Moja rodzina była zupełnie inna. Ojciec – lekarz kardiolog, matka – nauczycielka polskiego w liceum. Mieszkaliśmy na Żoliborzu w trzypokojowym mieszkaniu pełnym książek i rodzinnych zdjęć. Rodzice mieli wobec mnie wielkie plany: studia prawnicze na UW, potem aplikacja i praca w kancelarii znajomego taty. Igor był dla nich kimś z innego świata – studentem ASP z tatuażami i marzeniami o własnej galerii.
Początkowo ukrywałam naszą znajomość. Spotykaliśmy się po zajęciach, wymykaliśmy się na koncerty do Stodoły albo na nocne spacery po Starówce. Czułam się wolna jak nigdy wcześniej. Igor mówił mi rzeczy, których nikt inny nie odważyłby się powiedzieć: że jestem piękna nawet wtedy, gdy płaczę; że nie muszę być idealna; że mogę żyć po swojemu.
W końcu postanowiłam przedstawić go rodzicom. Pamiętam ten wieczór jak dziś – mama podała rosół i patrzyła na Igora z wymuszoną uprzejmością, ojciec zadawał pytania o studia i plany na przyszłość. Igor odpowiadał spokojnie, ale widziałam, że czuje się jak na przesłuchaniu.
Po kolacji ojciec poprosił mnie do kuchni.
– Marta, nie chcę ci nic narzucać, ale ten chłopak… On nie jest dla ciebie. Zastanów się dobrze – powiedział cicho.
– Tato, kocham go – odpowiedziałam drżącym głosem.
– Miłość to nie wszystko – usłyszałam i poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.
Od tamtej pory w domu zaczęły się kłótnie. Mama płakała po nocach, ojciec przestał ze mną rozmawiać. Czułam się rozdarta między lojalnością wobec rodziny a uczuciem do Igora. On próbował mnie pocieszać:
– Marta, jeśli chcesz, odejdę. Nie chcę być powodem twojego cierpienia.
– Nie mów tak! Bez ciebie nie potrafię oddychać – szlochałam w jego ramionach.
W końcu postanowiłam wyprowadzić się z domu. Wynajęliśmy z Igorem małą kawalerkę na Służewcu. Było biednie – czasem jedliśmy tylko makaron z ketchupem, ale byliśmy razem. Igor malował obrazy do późna w nocy, ja dorabiałam jako kelnerka w barze mlecznym. Były chwile szczęścia – wspólne śniadania na podłodze, śmiech z byle czego, czułość bez słów.
Ale życie szybko zweryfikowało nasze marzenia. Igor coraz częściej wracał późno do domu, mówił że pracuje nad projektem do galerii. Ja byłam zmęczona pracą i studiami zaocznymi. Zaczęliśmy się kłócić o pieniądze, o przyszłość, o to, kto wyniesie śmieci.
Pewnego dnia wróciłam wcześniej z pracy i zobaczyłam Igora siedzącego przy stole z Magdą – jego koleżanką z ASP. Śmiali się do siebie tak, jak my kiedyś. Poczułam ukłucie zazdrości i strachu.
– Co tu robisz? – zapytałam chłodno.
– Magda przyszła pomóc mi przy projekcie – odpowiedział Igor bez cienia winy.
– Jasne…
Od tego dnia coś pękło między nami. Zaczęliśmy oddalać się od siebie. Ja coraz częściej myślałam o powrocie do domu, on zamykał się w swoim świecie farb i płócien.
W końcu pewnego wieczoru powiedział:
– Marta… chyba już nie umiemy być razem.
Nie płakałam wtedy. Byłam zbyt zmęczona walką o coś, co już dawno przestało istnieć.
Wróciłam do rodziców. Mama przytuliła mnie bez słowa, ojciec długo milczał zanim powiedział:
– Każdy musi przeżyć swoją lekcję.
Minęły dwa lata. Skończyłam studia prawnicze i zaczęłam pracę w kancelarii. Czasem mijam Igora na ulicy Sobieskiego – idzie zamyślony z torbą pełną farb i szkicowników. Nasze spojrzenia krzyżują się na sekundę i wiem, że oboje pamiętamy tamten listopadowy wieczór sprzed lat.
Czy warto było poświęcić wszystko dla miłości? Czy można naprawdę zacząć od nowa po tym wszystkim? Może wy mi powiecie…