Z bezdomności do liderki: Moja walka o dom, godność i lepsze jutro dla innych
— Nie wracaj tu więcej, rozumiesz? — krzyczał ojciec, a jego głos odbijał się echem od ścian naszego małego mieszkania na Pradze. Stałam w drzwiach z torbą, w której zmieściłam całe swoje życie: kilka ubrań, książkę i zdjęcie mamy. Miałam wtedy dwadzieścia siedem lat i pierwszy raz w życiu poczułam się naprawdę sama.
Wyszłam na klatkę schodową, a drzwi zatrzasnęły się za mną z hukiem. W powietrzu czuć było zapach gotowanej kapusty z sąsiedniego mieszkania i wilgoć. Przez chwilę stałam nieruchomo, próbując zrozumieć, co się właśnie wydarzyło. „To tylko kolejna awantura”, powtarzałam sobie w myślach. Ale tym razem wiedziałam, że nie wrócę. Nie po tym, jak ojciec uderzył mnie w twarz, a potem wykrzyczał, że jestem nikim.
Przez pierwsze dni spałam u koleżanki z pracy, Magdy. Ale jej matka nie była zachwycona moją obecnością. — To nie hotel — rzuciła któregoś ranka, kiedy wychodziłam do pracy w sklepie spożywczym na Grochowie. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam o ławce w parku Skaryszewskim. Było lato, więc noc nie wydawała się taka straszna.
Nie miałam planu. Każdy dzień był walką o przetrwanie. Praca w sklepie nie wystarczała na wynajem pokoju. Zresztą kto by mi wynajął, skoro nie miałam meldunku ani porządnych referencji? Z czasem zaczęłam unikać znajomych — wstydziłam się przyznać do swojej sytuacji. W pracy udawałam, że wszystko jest w porządku, ale szefowa szybko zauważyła, że jestem coraz bardziej rozkojarzona.
— Sara, co się z tobą dzieje? — zapytała pewnego dnia pani Basia.
Zacisnęłam usta i spuściłam wzrok.
— Nic… Po prostu mam trochę problemów rodzinnych.
— Jeśli potrzebujesz pomocy… — zaczęła, ale przerwałam jej szybko.
— Poradzę sobie.
Nie poradziłam sobie. Po kilku tygodniach straciłam pracę — spóźnienia, zmęczenie, brak energii. Zostałam bez środków do życia. Zaczęłam szukać schronienia w noclegowniach. Tam poznałam ludzi takich jak ja: zranionych, wykluczonych, często pogardzanych przez społeczeństwo. Pamiętam rozmowę z panem Andrzejem:
— Wie pani, co jest najgorsze? Nie głód. Samotność. To, że nikt nie patrzy ci w oczy.
Miał rację. Najbardziej bolała obojętność ludzi — ich wzrok wbity w chodnik, kiedy przechodziłam obok z plecakiem i śpiworem.
Przez dwa lata tułałam się po Warszawie: noclegownie, dworce, czasem klatki schodowe. Często padało pytanie: „Jak to się stało? Przecież jesteś młoda, wykształcona…” Odpowiedź była prosta: wystarczy jeden zły dzień, jedna decyzja ojca, jedna utrata pracy.
Pewnej nocy na Dworcu Wschodnim spotkałam panią Jolę z fundacji pomagającej bezdomnym kobietom. Przyniosła mi herbatę i ciepły koc.
— Sara, musisz zawalczyć o siebie — powiedziała cicho. — Jesteś mądra dziewczyna. Pomogę ci znaleźć miejsce w hostelu dla kobiet.
To był początek mojej drogi powrotnej do życia. W hostelu poznałam inne kobiety — każda miała swoją historię: przemoc domowa, uzależnienia, choroby psychiczne. Zaczęłyśmy rozmawiać o tym, co nas spotkało. Z czasem pojawił się pomysł: załóżmy grupę wsparcia dla kobiet po kryzysie bezdomności.
Nie było łatwo przekonać kogokolwiek do naszego pomysłu. Urzędnicy patrzyli na nas z pobłażaniem:
— Pani Saro, przecież wy nawet nie macie stałego adresu…
Ale nie poddałyśmy się. Pisałyśmy pisma, chodziłyśmy na spotkania rady dzielnicy, prosiłyśmy o wsparcie lokalnych przedsiębiorców. W końcu udało się — dostaliśmy mały lokal na Pradze Północ.
Pierwsze spotkania były trudne — kobiety bały się mówić o swoich problemach. Ale z czasem zaczęłyśmy organizować warsztaty: jak napisać CV, jak rozmawiać z urzędnikami, jak radzić sobie ze stresem. Zaczęły przychodzić też wolontariuszki: studentki psychologii, prawniczki, nauczycielki.
Największym wyzwaniem była konfrontacja z rodziną. Ojciec dowiedział się o mojej działalności z lokalnej gazety.
— Po co się tak afiszujesz? Wstydu nam narobiłaś! — zadzwonił pewnego wieczoru.
— To nie ja powinnam się wstydzić — odpowiedziałam spokojnie. — Tylko ty.
Po tej rozmowie długo płakałam. Ale wiedziałam już, że nie jestem tą samą zastraszoną dziewczyną co kiedyś.
Dziś prowadzę stowarzyszenie „Nowy Początek”. Pomogłyśmy już ponad stu kobietom znaleźć pracę i mieszkanie. Czasem ktoś pyta mnie: „Skąd bierzesz siłę?”
Odpowiadam: z bólu i upokorzenia, które zamieniłam w działanie. Z każdej nocy spędzonej na ławce i każdego spojrzenia pełnego pogardy.
Często wracam myślami do tamtej nocy na klatce schodowej. Czy gdybym wtedy zawróciła… byłabym dziś szczęśliwsza? Czy to właśnie cierpienie czyni nas silniejszymi? Co Wy o tym myślicie?