Kiedy On Rozkwitał, Zapomniał o Mnie; Teraz Przypomniał Sobie, Że Byliśmy Małżeństwem
— Anka, gdzie są moje dokumenty? — głos Michała rozbrzmiewał w kuchni, jakby był jedynym mieszkańcem naszego mieszkania na warszawskim Mokotowie. Stałam przy zlewie, myjąc kubek po jego porannej kawie, i przez chwilę miałam ochotę udawać, że nie słyszę. Ale przecież zawsze byłam tą, która wszystko znajduje, wszystko pamięta, wszystko ogarnia. — W szufladzie przy biurku, jak zawsze — odpowiedziałam cicho, nie odwracając się. Usłyszałam jego szybkie kroki, potem trzask szuflady. — No tak, dzięki — rzucił, już myślami gdzie indziej.
Tak wyglądały nasze poranki od kilku lat. Michał, zawsze w biegu, zawsze z telefonem przy uchu, z głową pełną spraw, które wydawały się ważniejsze od mnie. Kiedyś było inaczej. Pamiętam, jak na początku naszego związku potrafił godzinami słuchać moich opowieści o pracy w bibliotece, o marzeniach, o drobiazgach. Przynosił mi kwiaty bez okazji, potrafił zadzwonić tylko po to, by powiedzieć, że mnie kocha. Ale to było zanim jego firma zaczęła odnosić sukcesy. Zanim stał się „kimś”.
Pewnego wieczoru, gdy wrócił późno, nawet nie spojrzał mi w oczy. — Mam spotkanie z klientem, nie czekaj z kolacją — rzucił, łapiąc marynarkę. — Michał, czy możemy porozmawiać? — zapytałam, czując, jak głos mi drży. — Teraz? Naprawdę? — spojrzał na mnie z irytacją. — Przecież wiesz, jak jest. Praca, spotkania, terminy. Nie mogę teraz. — Wyszedł, zostawiając mnie z niedokończoną rozmową i zimną zupą na stole.
Z czasem przestałam próbować. Przestałam opowiadać o sobie, o tym, co mnie boli, co cieszy. Michał był coraz bardziej nieobecny, nawet gdy siedział obok mnie na kanapie. Jego świat kręcił się wokół kontraktów, wyjazdów służbowych, nowych znajomości. Ja stałam się tłem. Kimś, kto dba o dom, o rachunki, o to, by miał czyste koszule i pełną lodówkę. Czasem łapałam się na tym, że zazdroszczę własnej siostrze, która z mężem potrafiła się pokłócić, a potem pogodzić. U nas nie było nawet kłótni. Była cisza.
Najgorsze przyszło, gdy przypadkiem zobaczyłam wiadomość na jego telefonie. „Dziękuję za wczoraj, było cudownie” — napisała jakaś Kasia. Serce mi zamarło. Michał tłumaczył się potem, że to nic nie znaczyło, że to tylko koleżanka z pracy, że przesadzam. Ale od tamtej pory już mu nie ufałam. Zaczęłam się wycofywać, zamykać w sobie. Przestałam pytać, gdzie wychodzi, z kim się spotyka. Przestałam czekać.
Minęły dwa lata. Michał był coraz bardziej nieobecny, a ja coraz bardziej samotna. Moja mama powtarzała: — Aniu, nie możesz tak żyć. Zasługujesz na coś więcej. Ale ja nie miałam siły na zmiany. Bałam się samotności bardziej niż pustki, którą czułam w domu.
Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło. Michał wrócił do domu wcześniej niż zwykle, blady, z podkrążonymi oczami. — Anka, musimy porozmawiać — powiedział, siadając naprzeciwko mnie przy stole. — Firma… Firma ma kłopoty. Straciłem kilku kluczowych klientów. Nie wiem, co będzie dalej. — Patrzył na mnie z rozpaczą, jakby nagle przypomniał sobie, że istnieję. — Potrzebuję twojego wsparcia. Wiem, że ostatnio nie byłem najlepszym mężem, ale teraz… Teraz naprawdę cię potrzebuję.
Poczułam, jak wzbiera we mnie gniew. — Teraz mnie potrzebujesz? Przez ostatnie lata byłam dla ciebie niewidzialna. Liczyła się tylko twoja praca, twoje sukcesy. A ja? Byłam tylko dodatkiem. — Michał spuścił głowę. — Wiem, zawaliłem. Ale proszę, pomóż mi. Jesteś jedyną osobą, na którą mogę liczyć.
Przez kilka dni chodził po domu jak cień, próbował rozmawiać, pytał o radę, szukał wsparcia. Z jednej strony czułam satysfakcję, że wreszcie zobaczył, ile jestem warta. Z drugiej — bolało mnie, że przypomniał sobie o mnie dopiero wtedy, gdy wszystko inne mu się posypało. Czy naprawdę jestem tylko kołem ratunkowym? Czy nasze małżeństwo to tylko układ, w którym mam być na posterunku, gdy jemu powinie się noga?
Pewnego wieczoru zadzwoniła moja siostra, Marta. — Anka, musisz pomyśleć o sobie. Michał nie może traktować cię jak zapasowej opcji. Zasługujesz na szczęście, nie na resztki jego uwagi. — Miała rację. Ale jak odejść po tylu latach? Jak zostawić kogoś, kogo kiedyś się kochało, nawet jeśli on już dawno przestał być tym samym człowiekiem?
Zaczęłam chodzić na długie spacery po Łazienkach, żeby zebrać myśli. Patrzyłam na zakochane pary, na rodziny z dziećmi i czułam, jak bardzo brakuje mi bliskości, rozmów, zwykłej czułości. Michał próbował się zmienić, ale nie potrafił. Wciąż był skupiony na sobie, na swoich problemach. Moje potrzeby były dla niego niewidzialne.
W końcu podjęłam decyzję. — Michał, muszę odejść. Potrzebuję czegoś więcej niż tylko bycia twoim wsparciem w trudnych chwilach. Chcę być dla kogoś ważna na co dzień, nie tylko wtedy, gdy świat się wali. — Patrzył na mnie z niedowierzaniem. — Ale… Anka, przecież jesteśmy małżeństwem. Przysięgaliśmy sobie… — Przysięgaliśmy być razem na dobre i na złe. Ale ty byłeś ze mną tylko wtedy, gdy było ci źle. Gdy było dobrze, zapomniałeś, że istnieję.
Spakowałam kilka rzeczy i wyjechałam do rodziców na wieś pod Radomiem. Tam, wśród pól i lasów, zaczęłam na nowo uczyć się siebie. Zaczęłam pisać, spotykać się z dawnymi przyjaciółmi, odkrywać, że życie może być piękne nawet bez Michała. On dzwonił, pisał, błagał o drugą szansę. Ale ja już wiedziałam, że nie chcę wracać do roli cienia.
Czasem zastanawiam się, dlaczego tak długo pozwalałam się ignorować. Dlaczego tak trudno było mi odejść. Może dlatego, że w Polsce wciąż pokutuje przekonanie, że kobieta powinna trwać przy mężu bez względu na wszystko. Ale czy naprawdę warto poświęcać własne szczęście dla kogoś, kto nie potrafi docenić naszej obecności?
Czy wy też kiedyś czuliście się niewidzialni dla najbliższych? Czy warto walczyć o związek, w którym tylko jedna strona się stara? Czasem trzeba odejść, żeby znów poczuć, że się żyje.