Mój plan zemsty: między teściową a synową

— Uśmiechnij się, Anka. To przecież twój dzień — syknęła Krystyna, poprawiając mi welon tak, jakby poprawiała krzywo położoną serwetkę.

Stałam już pod kościołem. Ręce mi drżały. A ona nachyliła się do mojego ucha.

— Piotr zawsze miał gust… do prostych dziewczyn. Obyś chociaż była pracowita.

Zamarłam. Muzyka grała, ludzie patrzyli, a ja poczułam, jak robi mi się gorąco w oczach.

Piotr odwrócił głowę.
— Mamo, przestań.

Krystyna uśmiechnęła się szeroko.
— Ja tylko żartuję. Taka wrażliwa. No chodźmy, bo ludzie czekają.

Od tamtej chwili wszystko było „żartem”.

W jej domu, przy niedzielnym rosole:
— Anka, doprawiłaś? Bo Piotr lubi jak jest jak u nas. Wiesz… normalnie.

W sklepie, kiedy spotkała sąsiadkę:
— To moja synowa. Z małego miasta. Ale stara się.

W samochodzie Piotr ściskał kierownicę.
— Ona taka jest. Nie zmienisz jej.

— A ty? — zapytałam. — Ty też się nie zmienisz? Zawsze będziesz milczał?

Nie odpowiedział. Tylko westchnął.

Miesiące mijały. Pracowałam, wracałam, sprzątałam. Krystyna wpadała bez zapowiedzi.

— Klucze? Przecież mam, Piotruś mi dał — mówiła, jakby to było oczywiste.

Raz weszła, kiedy stałam w kuchni w rozciągniętej koszulce.
— Ojej. No tak. Młodzi to teraz… byle jak.

Zacisnęłam zęby.

Na święta usiadłyśmy przy stole. Byli wszyscy: ciotki, wujkowie, kuzyni. Krystyna nalała barszczu i uniosła brwi.

— Anka, a kiedy wnuk? Bo wiesz… Piotr nie jest już najmłodszy. A ja nie chcę umrzeć, nie doczekawszy.

Cisza zrobiła się ciężka jak kamień.

— Mamo… — zaczął Piotr.

— Co „mamo”? — przerwała mu. — Ja pytam normalnie. Rodzina to rodzina. A nie jakieś fanaberie.

Poczułam, że wszyscy patrzą na mnie. Jakbym była winna. Jakbym miała się tłumaczyć.

Wstałam.
— Krystyno, przestań.

Zaśmiała się.
— O, obraziła się. Taka delikatna. Piotr, ty ją w ogóle znasz?

Wtedy coś we mnie pękło. Nie łzy. Nie krzyk. Zimno.

Zemsta przyszła do mnie prosto, jak pomysł, którego nie da się „odzobaczyć”. Skoro ona lubi robić ze mnie pośmiewisko — zrobię to samo. Przy wszystkich. Tak, żeby zabolało.

Tydzień później była imieninowa kolacja u Krystyny. Pełny stół. Pełny salon. Pełno świadków.

Krystyna zaczęła jak zawsze.
— Anka, podaj sałatkę. I nie tak łopatą, tylko ładnie. Bo goście.

Uśmiechnęłam się.
— Oczywiście.

Piotr spojrzał na mnie niepewnie.
— Wszystko okej?

— Idealnie — powiedziałam.

Kiedy wszyscy jedli, wstałam z kieliszkiem.
— Chciałam coś powiedzieć.

Krystyna rozpromieniła się.
— O, proszę. Może w końcu podziękuje, że ją przyjęliśmy.

Zrobiło mi się niedobrze, ale poszłam dalej.

— Krystyno, dziękuję — zaczęłam spokojnie. — Za to, że od ślubu uczysz mnie, gdzie jest moje miejsce.

Ktoś chrząknął. Ktoś odłożył widelec.

Krystyna zmrużyła oczy.
— Słucham?

— Za te wszystkie „żarty”. Za to, że mówisz o mnie przy ludziach, jakbym była gorsza. Za klucze do naszego mieszkania, które dostałaś bez mojej zgody. Za to, że decydujesz o moim brzuchu przy stole.

Piotr poderwał się.
— Anka, nie teraz…

— Właśnie teraz — przerwałam mu.

Krystyna wstała powoli.
— Jak śmiesz? W moim domu?

— Tak samo jak ty śmiałaś w moim życiu — powiedziałam.

W salonie zrobiło się jak w próżni. Widziałam twarze. Zaskoczenie. Wstyd. Cichą satysfakcję niektórych.

Krystyna wycedziła:
— Piotr, powiedz jej.

Piotr patrzył raz na mnie, raz na nią. Jak chłopiec, którego złapano na kłamstwie.

— Mamo… oddaj klucze — powiedział w końcu.

Krystyna pobladła.
— Ty… przeciwko mnie?

— Nie przeciwko tobie. Za nami — odpowiedział, ale głos mu się łamał.

Krystyna sięgnęła do torebki. Rzuciła pęk kluczy na stół. Brzęknęły głośno.

— No proszę. Wychowałam syna, a teraz mam tu… — urwała, bo zabrakło jej słów.

Wtedy moja „zemsta” uderzyła mnie w klatkę piersiową.

Bo zobaczyłam, że ona naprawdę się boi. Że jej władza to jedyne, co ma. Że pod tą ostrością jest samotność, której nikt nie dotyka.

Ale było już za późno, żeby to odkręcić. Wszyscy widzieli. Wszyscy zapamiętają.

Wyszliśmy wcześniej. W aucie Piotr siedział długo w ciszy.

— Musiałaś… przy wszystkich? — zapytał.

— A ona musiała… przy wszystkich? — odpowiedziałam.

Zacisnął usta.
— To moja matka.

— A ja jestem twoją żoną — powiedziałam cicho. — I ja też jestem rodziną.

Nie krzyczał. Nie przepraszał. Tylko położył dłoń na mojej.

— Boję się, że ją stracę — wyszeptał.

— A ja boję się, że stracę siebie — odpowiedziałam.

Dziś Krystyna dzwoni rzadziej. Gdy dzwoni, mówi chłodno. Czasem aż za grzecznie.

A ja? Ja wciąż czuję tamten brzęk kluczy na stole. Jakby coś się skończyło na zawsze.

Może wygrałam. Może tylko zniszczyłam resztki mostu, po którym dało się jeszcze przejść.

Czy w polskiej rodzinie da się postawić granice, nie stając się „tą złą”? A może milczenie jest gorszą zdradą niż najostrzejsze słowa?